Wspomnienia o chorych do 2017 r.

TO JO, JONEK Z WISEŁ

Minęło ponad 10 lat od śmierci pacjenta. Jeszcze przed terapią narkotykami otrzymałam od niego zgodę na spisanie historii jego życia.
W czasie choroby przebywał w domu córki. Pokój był mały – 2,5 na 3 metry. Wchodząc pierwszy raz do pokoju stanęłam. Na ścianie przeciwległej do wejścia, na tle pięknej makaty, wisiał ogromny krzyż – ok. 2,5 m. długości z postacią Jezusa w niezwykłej pozie /o tym później/. Czułam, że wchodzę w strefę sacrum. Pacjent leżał po lewej stronie w łóżku twarzą zwrócony do krzyża. Przywitałam się i przed-stawiłam, a on na to: „To jo, Jonek z Wiseł”. Mówił piękną gwarą górali wiślańskich. Rozumiem wszystko, ale nie potrafię się posługiwać nią. Tylko zapamiętane zwroty zacy-tuję i ujmę w cudzysłów. Powiedziałam, że trzeba przywitać się z Kimś i podeszłam do krzyża. Jezus miał oderwaną prawą rękę od krzyża, rozerwaną dłoń między trzecim a czwartym palcem i podawał ją stojącemu pod krzyżem. Twarz Jezusa była pełna dobroci i spokoju, patrzyła na mnie. Stałam tam dłuższą chwilę, byłam pod silnym wrażeniem, dotknęłam wyciągniętą dłoń. Pacjent wtedy zacytował Pismo św.: „Kto chce słuchać mego Słowa, a nie chce nieść swego krzyża na co dzień – nie może być Moim uczniem”. Powiedział, że mogę zostać jego „doktorką”, bo zachowałam się należycie. I tak wizyty u pacjenta miały dwojaki charakter – medyczny i religijny. Kiedyś zapytałam: Skąd wzięła się fascynacja Krzyżem? Odpowiedzią była jego historia:
Do piątego roku życia miał szczęśliwe dzieciństwo, była kochająca piękna mama i kochający tata – cieśla. Ojciec stawiał drewniane domy, więźby, remontował kościoły, wykonywał krzyże. Matka miała ogród przydomowy i owie-czki, krzątała się po domu, w którym na honorowym miejscu wisiał krzyż, a przed domem stał ponad 3 metrowy krzyż z daszkiem, a pod nim klęcznik. W pobliżu był solidny stół i ława. Tam od wiosny do jesieni tętniło życie, tam się jadło, odpoczywało, czytało Pismo św., tam ojciec uczył syna sztuki rzeźbienia. Matka pięknie śpiewała, brała Jonka na kolana, przytulała, bawiła się z nim. Gdy coś spsocił, trzeba było Pana Jezusa przeprosić za złe zachowanie.
Pewnego dnia mama nie wróciła z lasu z grzybami, wpadła na minę. Chłopiec słyszał huk, potem zbiegli się lamentujący ludzie, a ojciec wziął Jonka na ręce i niósł go wysoko aż pod krzyż, krzyczał coś niezrozumiale, płakał z rozpaczy wstrząsały nim konwulsje. Jonek znalazł się na wysokości głowy ukrzyżowanego Jezusa, a On patrzył w dół na ojca. Malec nie rozumiał, co się dzieje. Nagle tata delikatnie postawił syna na ziemi, uspokoił się i oznajmił, że ma nową mamę ale niebieską. Na to Jonek: „Czemuście tatulu obrali mi modrą mamulkę?” Ojciec lekko uśmiechnął się i powiedział: „nie modrą, a Niebieską, bo z Nieba”. Potem udali się na probostwo, gdzie ojciec opowiedział o śmierci żony. Ksiądz proboszcz zamyślił się, wziął do ręki Pismo św. i znalazł w Ewangelii św. Jana Testament z krzyża: „Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja”. Założył czerwoną wstążkę w miejsce cytatu i podarował im Biblię w tłumaczeniu ks. Jakuba Wujka.
Od tego czasu Jonek odczuwał matczyną opiekę, w nocy Matka Boża śniła mu się i rozwiązywała wszystkie jego dziecięce problemy. Tak było przez całe życie. Jej się powierzył i Ona go prowadziła. Dlatego przedstawił się „Jonek z Wiseł”, bo mieszkali prawie w każdej dzielnicy Wisły, tam gdzie ojcu zlecili pracę. Często przebywali na probostwach, bo naprawiali dachy kościołów, ławki, krzyże, stacje drogi krzyżowej. Proboszczowie zajęli się też edukacją Jonka z religii, przygotowali go do małżeństwa. Narzeczonej zamiast pierścionka wyrzeźbił krzyż (ten z frontowej ściany) a ona przyjęła go z wielką czcią. Żona bardzo kochała Jonka, dbała o niego, była na każde jego zawołanie. W czasie moich wizyt widziałam ludzi pełnych wiary, nadziei i wzajemnej miłości. Byli szczęśliwym małżeństwem.
Po jego śmierci zdjęła krzyż, ucałowała z czcią i pokazała wyryty na odwrocie napis: „To jo Jonek go zrobił dla mojej Hanusi”. Po przygotowaniu ciała do pogrzebu, córka odwio-zła mnie do domu „maluchem”. Była 2.00 godzina w nocy, pusta szosa, mijane domostwa wygaszone, uśpione, gdy wjechaliśmy w lasek. Córka nagle wyhamowała i zgasiła światła. Zdziwiona patrzę na nią: „Dlaczego?” – Nie widzę żadnej przeszkody, a ona na to: „Tata kazali”. Nagle przed nami przez szosę z prawa na lewo przebiegło stado kilkunastu jeleni. Fiat 126p nie miałby szans w spotkaniu z nimi. Wzięłam głęboki oddech. Jonek zadbał o nas nawet po śmierci.

Anna Samol

SIŁA MODLITWY

To było dawno, ponad 20 lat temu. W niedzielne popołudnie otrzymałam zlecenie wizyty u nowego pacjenta. Dzień był deszczowy i wietrzny. Jechałam autobusem PKS do Bielska, a potem autobusem MPK do miejsca zamieszkania pacjenta. Po zbadaniu bardzo cierpiącego chorego, zapisa-łam receptę do pilnego wykupienia. Zrezygnowany pacjent odpowiedział, że nie ma kto pójść do apteki, ani za co wy-kupić leki. Zdecydowałam, że pojadę autobusem miejskim do dyżurnej apteki. Byłam jedyną pasażerką w autobusie. Kiedy wysiadłam, otoczyło mnie kilku młodzieńców i wyrwało z ręki torbę, po czym uciekło za dom, w którym była apteka. Na ulicach nie było żadnej duszy. Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co dalej począć. W torebce były recepty zwykłe, narkotyczne, pieczątki, pieniądze, dokumenty, słuchawki lekarskie, aparat do mierzenia ciśnienia. Westchnęłam tylko: „Boże, co teraz…?” Pomyślałam przede wszystkim o pacjencie, który czekał na leki, nie wiedząc, dlaczego nie wróciłam. Nie mogłam wrócić do domu (15 km), bo nie miałam pieniędzy. Nie było wtedy telefonów komórkowych. Stałam sparaliżowana i powtarzałam: „Boże, co teraz…?” Nagle zza rogu kamienicy wyłoniła się postać młodzieńca niosącego moją torbę: „W torbie jest wszystko, niczego nie brakuje. Przepraszam”. Spojrzałam na niego pytająco, a on dodał: „Pani mi kiedyś uratowała życie”. Był narkomanem, a ja pracowałam w Pogotowiu Ratunkowym.
Wykupiłam leki, zawiozłam choremu. Powitał mnie: „Jak ja gorąco modliłem się za panią”. Potwierdziłam mówiąc: „Zaiste musiała to być gorąca i szczera modlitwa, skoro tak skuteczna” i opowiedziałam mu swoje przeżycia.

Anna Samol

PAN JEZUS PRZYSZEDŁ DO MNIE

Od 11-13 września 2009 roku odbywały się rekolekcje - seminarium w Krakowie Łagiewnikach. Zostałam na nie zaproszona wraz z wolontariuszką Moniką przez Stowarzy-szenie Przyjaciół Chorych „Hospicjum im. Jana Pawła II w Żorach”. Tematem były podstawy z hagioterapii, prowa-dzącym ks. prof. dr. Tomislav Ivancić z Zagrzebia.
Wahałam się czy jechać, bo akurat zbliżał się kres życia jednego z pacjentów. Rozważałam z rodziną, czy sobie poradzą, omówiłam zasady postępowania. Chory objęty był ustabilizowaną terapią przeciwbólową, na wszelki wypadek dołożyłam lek krótko działający na bóle przebijające, a gdyby to było niewystarczające, pomocą miało służyć Pogotowie Ratunkowe.
Pojechałam. W czasie wykładów miałam komórkę wyłączoną, ale w czasie przerwy sprawdzałam, czy są wia-domości o chorym. W drugim dniu pobytu wykładowca mówił, że można zwrócić się do Pana Jezusa i poprosić, by zastąpił nas w opiece nad chorym (jeśli niepokoimy się o jego los). Tak zrobiłam. Wieczorem otrzymałam smsa z domu chorego. Oddzwoniłam. Okazało się, że wieczorem dostał silnych bóli brzucha. Żona postąpiła według instrukcji, ale bolało nadal, więc chciała wezwać Pogotowie Ratunkowe. Na to chory spokojnie: „Już nie trzeba. Pan Jezus przyszedł do mnie, usiadł na brzegu łóżka, położył rękę na moim brzuchu … i wszystko minęło”. Mówiła to z wielkim przejęciem. Nazajutrz dałam o tym świadectwo po wykładzie.
Po tych niezwykłych rekolekcjach wróciłam do domu i otrzymałam wiadomość od żony pacjenta. Opowiedziała, że scenariusz powtórzył się. Gdy chciała wezwać Pogotowie Ratunkowe, mąż jej powiedział: „Nie trzeba, Pan Jezus przyszedł do mnie… i po mnie”. Uśmiechnął się i szczęśliwy odszedł.

Anna Samol

NATALKA, NATASZKA, NATALIA - MOJA CÓRECZKA…

Natalia urodziła się 06.07.1991 roku jako trzecie z piątki naszych dzieci. Była radosnym i niezwykle szczęśliwym dzieckiem, pełnym marzeń, specyficznie i zadziwiająco postrzegała świat. Była zdolną dziewczynką, a potem dziew-czyną, która w dorosłość wkraczała z konkretnymi planami, przygotowana do życia. W lipcu skończyła 18 lat, a w sier-pniu pojawiły się pierwsze symptomy choroby: deja vu, zapachy np. gumy, smaki. Rozpoczęliśmy 18 miesięczną batalię, w której lekarze różnych specjalności próbowali rozpoznać chorobę, niestety bez skutku. Stan się pogarszał, były objawy padaczkowe (bez utrat przytomności). W tym stanie Natalia uczęszczała do maturalnej klasy i przygotowywała się do matury. Z ogromnym wysiłkiem i determinacją stawiała czoło egzaminom dzień po dniu. Niestety często trafiała na izbę przyjęć. Po porannym przyjęciu dużej dawki leków nie zdołała stawić się na ostatni egzamin (zdawała go później w Jaworznie). Było bardzo trudno. Mimo iż zażywała ogromne ilości leków i była w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym (żyła, jak to mówiła, w dwóch światach, rzeczywistym i iluzyjnym). W październiku rozpoczęła studia. W styczniu 2011 roku była bardzo wyczerpana chorobą. Nasilały się objawy, mocne bóle głowy, sporadycznie wychodziła z domu. W połowie stycznia 2011 roku pojechaliśmy do Warszawy do szpitala klinicznego – centrum epileptologii, gdzie nie zdiagnozowano rzeczywi-stej przyczyny choroby. Niestety, nie wykonano żadnych badań obrazowych, opierano się na tych sprzed półtora roku, które były robione na początku choroby. Po zmianie leków czuła się już tak źle, że przez dwa tygodnie jeździliśmy wszędzie, gdzie tylko można było i szukaliśmy pomocy. Byliśmy w dwóch szpitalach na izbie przyjęć (mimo naszych próśb nie wykonano badania tomografem komputerowym), zaliczyliśmy konsultacje neurochirurga klinicznego, który stwierdził, że: „to psycha”, u neurologa (powiedział: „czekajcie cierpliwie na działanie leków”), u laryngologa, u chirurga, na rentgenie zatok i to wszystko z tą cierpiącą i ledwo poruszającą się Natalką, a jakże cierpliwą…
27 stycznia rano wezwaliśmy Pogotowie Ratunkowe i Natalkę zabrano do szpitala. Czekałam z synem Tomkiem w izbie przyjęć na lekarza, który badał Natalkę. Po 40 minutach poprosił mnie i usłyszałam, że Natalka ma guza w gło-wie 6,8 cm na 4 cm. Lekarz powiedział, że wygląda to bardzo źle, że stan jest ciężki, zasugerował, aby rodzina pożegnała się z Natalką. Nasze dzieci i chłopak Natalii przyjechali do szpitala. Została zaopatrzona sakramentem chorych.
Po godzinie 17.00 została przewieziona erką na sygnale do Sosnowca na oddział neurochirurgii. Z synem, córką Izą i chłopakiem Natalii jechałam samochodem za karetką. W drodze powiadomiliśmy wszystkich znajomych, przyjaciół, koleżanki i kolegów Natalki, prosząc o modlitwę. Cała rodzina już się modliła. Pożegnania z Natalką, którą zabierali na operację, nigdy nie wymażę z pamięci.
Po operacji Natalka była słaba, obolała i napuchnięta, ale świadoma i szczęśliwa, że wszystko pamięta. Lekarz natomiast poinformował nas, że guz został usunięty szczątkowo i trzeba czekać na wyniki, ale jest to najprawdopodobniej glejak najgorszej postaci. Na oddziale w sosnowieckim szpitalu była prawie miesiąc. Przechodziła różne stany z niedowładami, gorączką i mocnymi bólami szyi, miała opadnięte lewe oko. Jednak jej największą niedogodnością był brak prywatności przy czynnościach osobistych. Codziennie od 6.00 - 23.00 czuwaliśmy przy niej. Cierpienie jej i nasze, było podwójne, gdyż opieka i podejście do chorych jak również do rodziny (z wyłączeniem lekarzy), było tak straszne, że nie mam słów to wyrazić. Tam nieustannie wzywaliśmy na pomoc Miłosierdzie Boże i Matkę Bożą.
Po prawie miesiącu została przewieziona do Bielska na oddział neurologii. Zaraz lepiej się tam poczuła, zaczęła powoli chodzić, co było jej marzeniem. Mimo że lekarz w Sosnowcu poinformował mnie, że na razie telefonicznie otrzymał informacje o wyniku, że jest to glejak IV, po dwóch dniach przyszedł faks na oddział, że jest glejak II stopnia. Boże, jak myśmy się cieszyli… Cała rodzina i wszyscy znajomi. Jaka była radość, gdy przyjechała do domu za parę dni, dobrze się czuła, nie miała już przykrych dolegliwości.
W maju rozpoczęliśmy radioterapię w Gliwicach. Codziennie przez 5 tygodni jeździliśmy z Natalką pokonując różne przeciwności, ale jej radość, że nie przebywa w szpitalu, była najlepszą zapłatą. Natalka przez ten cały czas nie pytała wprost czy ma nowotwór, a my znając jej wcześniejsze rozważania, nie mówiliśmy o jej rzeczywistym położeniu.
W czerwcu zaczęliśmy się przygotowywać do ślubu Izy i Damiana. Natalka bardzo przeżywała ślub swojej siostry, którą kochała tak bardzo, że starała się nie mówić o tym, że jednak źle się czuje w swojej skórze, na sterydach i bez włosów. Ślub i wesele się udały, Krystian i Natalka byli pierwszymi drużbami. W sierpniu Natalkę zaczęła boleć szyja a prawa ręka drętwieć i boleć. Znów lekarze, lekarze, rehabilitacja, szukanie przyczyny; przecież „ten guz nie daje przerzutów” - mówił lekarz. Stan się pogarszał, Natalka była w coraz gorszej kondycji, po licznych badaniach okazało się, że w kręgosłupie jest mnóstwo guzów i nic nie można z tym zrobić. Dochodzenie do tej diagnozy trwało tak długo, że we wrześniu Natalka przestała chodzić i wtedy odmówiono jakiegokolwiek leczenia. Jednak po długich staraniach w Rybniku na oddziale onkologii dostała chemię. Szpital w Rybniku wystosował wniosek o powtórne zbadanie pobranego materiału z guza. Sami przewoziliśmy materiał, po zbadaniu okazało się, że to jednak glejak IV a nie II stopnia. To był szok! Była to kolejna pomyłka w naszej trudnej i rozpaczliwej walce, nie licząc złych diagnoz, których było kilka. Natalka w szpitalu w Rybniku miała mnie na wyłączność, a ja ją, rozmawiałyśmy dużo, modliłyśmy się, śpiewałam jej piosenki z dzieciństwa, śpiewałyśmy razem, tęskniła za domem. Po chemii bolała ją głowa i wtedy dostała pierwszą morfinę.
Była tak obolała i cierpiąca, że trzeba ją było przewracać z boku na bok co 10 - 15 minut, podkładając pod każdą rękę i nogę osobną poduszkę i układając głowę w dogodnej pozycji. W nocy czasami częściej tego wymagała. W kolejnym dniu pobytu zdecydowano się na punkcję z kręgosłupa. Zabieg odbył się o godzinie 8.00 rano. Po zabiegu pani doktor powiedziała, że przez 24 godziny nie może się w ogóle poruszyć, nawet głową. Wpadłam w niewyobrażalne uczucie niemocy myśląc, jak to możliwe skoro trzeba ją co chwile przekładać? W ciszy wołałam o pomoc do Boga, błagając go bezradnie. Natalka przez cały dzień i całą noc nie potrzebowała zmiany pozycji!!! Przespała całą noc spokojnie. Bóg pochylił się nad nami...
Po powrocie do domu z każdym dniem było gorzej i gorzej… Modliliśmy się przez cały czas o cud uzdrowienia… Codziennie całą rodziną klęczeliśmy przy jej łóżku i modliliśmy się, Natalka modliła się z nami trzymając w ręce figurkę Matki Bożej Gidelskiej. O godzinie 21.00 cała rodzina, wszystkie ciocie, wujkowie, kuzynowie, przyjaciele, znajomi, koleżanki i koledzy Natalki modlili się Koronkę do Miłosier-dzia Bożego w intencji Natalii (koledzy zapewniali, że modlą się tysiące ludzi, których sami organizowali). Trwaliśmy na modlitwie prosząc o uzdrowienie. W grudniu, gdy zaczął się adwent, codziennie z komunią św. przyjeżdżał ksiądz Jarek, odprawione były w domy trzy Msze św., w których uczestniczyła rodzina i przyjaciele. Natalka wśród nas na łóżku ortopedycznym bardzo cierpiąca. Po Mszy św. mówiła: „Teraz już jestem spokojna”… Każdą komunię ofiarowała we wszystkich potrzebach rodzinnych, o wszystkich trudnych sprawach w rodzinie rozmyślała, miała w sercu. Najbardziej martwiła się zagrożoną ciążą kuzynki. Kiedyś zwróciła się do mnie: „Mamo, powiedz cioci (która żyła w związku niesakramentalnym), żeby powiedziała swojemu synkowi, który w maju pójdzie do Komunii św., aby ofiarował tę komunię świętą w jej intencji, a wtedy Bóg pochyli się nad ich sprawą. Jeszcze przed operacją, gdy zmagała się z bólem i atakami, powiedziała: „Dobrze, że to ja zachorowałam, a nie ktoś z mojego rodzeństwa”. Gdy była już bardzo cierpiąca, powtórzyła to jeszcze raz! Była przepełniona miłością, wszystkich zapewniała o swojej miłości, na krótko przed śmiercią żartowała: „Kocham człowieka, co skrobie ziemniaki (tatę), a Ty mnie kochasz? - Wszyscy Cię kochamy, Natalko. Ale Ty wiesz, co chcę usłyszeć. Tak, kocham Cię Natalko – noooo”. Albo mówiła: „Biedny Filip (18-letni chłopak z sąsiedztwa zmarł na białaczkę), czy on biedny pożegnał się z siostrą, z bratem? Biedna ta rodzina, los im zabrał Filipa, a gdy ja bym umarła? Co tam ja… ale wy? Co wy byście zrobili”. Mówiła: „Mamusiu chcę, żebyś wiedziała, że kocham Cię zaraz po Maryi”. Patrzyła na bezwładne swoje ręce i mówiła: „Mamo, jak te ręce Ci się kiedyś odwdzięczą za to, co robisz dla mnie”. Do Matki Boskiej i Papieża, których miała na piersiach, bo już nie mogła trzymać w ręce, mówiła: „Moi przyjaciele! Ale czy mogę ich tak nazywać?”.
Pielęgnacja była bardzo trudna, bo Natalka była sparaliżowaną całkowicie, nowotwór w kręgosłupie się rozprzestrzeniał. Kiedyś, gdy z Izabelką wykonywałyśmy przy niej toaletę i nie powstrzymałyśmy łez, Natalka powiedziała głośno i dobitnie: „Mamo! Izabelko! Dlaczego płaczecie? Przecież ja jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, mimo wszystko tak jest… Mam was, którzy mnie tak bardzo kochacie”. Przez cały czas trwania choroby starała się, abyśmy jak najmniej się smucili i nie chciała, żebyśmy się martwili. Gdy nieraz mówiłam jej o tym, że cierpi, ona na to: „Mamo! Ja nie cierpię, mnie tylko boli…” Nigdy nie powiedziała „Dlaczego ja?” Mówiła: „Wiem, wiem ofiaruję, ale do końca tego nie rozumiem”. Albo: „Może stanie się cud? Może Matka Boża to uczyni, ale ja nie jestem godna cudu”. Czuwaliśmy dniem i nocą wszyscy, przez cały czas czuwał z nami i trwał przy Natalce Krystian. Odwiedzającym koleżankom powiedziała: „Nie mogę was objąć rękami ale obejmuję was sercem”. Koledzy i przyjaciele odegrali niezwykłą rolę w chorobie Natalki.
Na tej drodze trwali przy nas ludzie, pomagali finansowo a nade wszystko duchowo. Jednym z najbardziej uczynnych ludzi był doktor Mariusz. Ten człowiek nas wspierał, leczył, był lekarzem ciała i duszy, w dzień i w nocy. Jego obecność i trwanie przy nas była ogromnym balsamem i stałością. Wierzymy głęboko, że Natalka jego dobro zaniesie przed Boży tron.
W parze z lekarzem Kuźniarem szła pielęgniarka Jadzia. Niesamowita osoba, która jest matką i babcią, była na każde zawołanie, jeszcze nim rano przychodziła do nas, zdążyła być na Mszy świętej i prosić np.: o szybkie wkłucie. W harmonii ze wszystkimi świętymi, których zawsze przyzywała, ostatnie kroplówki podłączała do palców w rękach i w nogach, bo już nie było innej możliwości!!! Zawsze wspierała dobrym słowem opartym jednak na woli Bożej, delikatnie sygna-lizując, że stan się pogarsza, ale wszystko jest w rękach Bożych. Ta postawa pozwoliła mieć nadzieję ale też mówiła o rzeczywistości. Natalka przez cały czas choroby myślała o swojej siostrze, o jej mężu Damianie, o braciach i narze-czonej Tomka Asi (która przez cały czas pomagała), martwiąc się o każdego z nich. Gdy jeszcze była w szpitalu, tak się szykowała na odwiedziny młodszych braci Pawła i Mateusza, żeby tylko nie zobaczyli, że jej coś dolega, starała się z całych sił. Bardzo się cieszyła, że przyjadą, bo tęskniła za nimi ogromnie.
Umierała otoczona wszystkimi tymi, których najbardziej kochała. Trzymaliśmy ją za ręce i zapewniali o swojej miłości, trwając nieustannie w modlitwie. Odeszła 20 grudnia 2011 roku o godzinie 16.40. Przez całe życie święta Bożego Narodzenia były dla niej czasem wyjątkowym, od października już czekała na nie, mówiła, że narodziny Jezusa dzieją się naprawdę, tu i teraz: „To nie jest na jakąś tam pamiątkę, co roku rodzi się Chrystus naprawdę”. Porównywała to do wierzchołka piramidy…
Trumna z Natalką stała w żłóbku… Wymowny znak…
Pamiętając jak Natalka kochała Boże Narodzenie, dzień po pogrzebie przy wigilijnym stole, mimo smutku, uśmiechaliśmy się, dzielili opłatkiem i odwiedziliśmy jak zawsze babcię Natalki. Mamy do dziś tę siłę od Boga i od Natalki, że przeżywamy Święta Bożego Narodzenie w radości, czując jej obecność…
Natalko, Ty przyprowadziłaś mnie do hospicjum, dziękuję... Gdy byłaś chora powiedziałam Bogu, że jeśli wyzdrowiejesz, zostanę wolontariuszem w hospicjum, a gdy odeszłaś, ta myśl nie umarła… Święty Kamilu, módl się za mnie niegodnego sługę Twego.

Bronisława

BYĆ PRZY UMIERAJĄCYM DO KOŃCA

Choć od młodych lat człowiek zdaje sobie sprawę,
że wszyscy kiedyś zakończymy ziemskie życie, ciągle nie jesteśmy gotowi na przyjęcie tej wiadomości, zwłaszcza gdy chodzi o kogoś bliskiego.
Tak też było w naszym przypadku. Gdy nasz Tata, zawsze zdrowy, uśmiechnięty, pełen życia i inicjatywy, nagle zaczął się źle czuć, nikt z nas nie zrozumiał powagi sytuacji. Szybko jednak okazało się, że diagnoza jest jednoznaczna – nowotwór. Najpierw pobyt w szpitalu, badania, konsultacje i nagle zdajemy sobie sprawę, że Tacie nie można już pomóc, nigdy nie będzie już zdrowy. Wypis do domu, radość, że znowu jest z nami. Opiekujemy się, pomagamy, podajemy leki, wspieramy, ale pytań mamy coraz więcej. Boże, jak pomóc, jak ulżyć w cierpieniu, jak nie dopuścić do odleżyny. Radzimy się osób bardziej doświadczonych, uma-wiamy wizytę u lekarza rodzinnego, bo przecież leki się kończą, to znowu opatrunki, czuwamy, wspieramy, przeży-wamy, urlop się kończy. Co my zrobimy, jak damy sobie radę. Pani Doktor w rejonie radzi, aby zwrócić się do Hospicjum Domowego, aby zespół objął opieką naszego Tatę. Myślimy, czy to dobrze, czy wypada, co pomyśli Tata, jak mu to powiemy. Po krótkiej rodzinnej naradzie zapada decyzja i prosimy Panią Doktor z Hospicjum św. Kamila o wizytę w naszym domu. Oczekując na pierwsze spotkanie z Domowym Hospicjum, staramy się załatwić materac przeciwodleżynowy, chodzik, koncentrator tlenu, jednak nie zdajemy sobie sprawy, ile to zachodu. Mieszkamy na wsi, w pewnej odległości od Bielska-Białej, a więc na to wszystko potrzebny jest czas i koordynacja, aby sprostać obowią-zującym przepisom. Nadszedł dzień pierwszej wizyty, przybyła do nas serdeczna Pani Doktor Anna Samol, która przedstawiła się rodzinie oraz gruntownie zaznajomiła ze stanem zdrowia swojego nowego pacjenta. Pani Doktor przedstawiła plan naszej współpracy i możliwości, jakimi dysponuje Hospicjum św. Kamila w zakresie zaopatrzenia chorego w sprzęt pomocniczy i rehabilitacyjny niezbędny do prowadzenia dalszej terapii i prawidłowego, wygodnego pielęgnowania pacjenta w domu. Nagle zdaliśmy sobie nagle sprawę, że to co było dla nas takie trudne – gdzie pożyczyć łóżko, cała procedura wypisywania sprzętu wspomaga-jącego, ciągłe zawracanie głowy lekarzowi rodzinnemu, wizyty w Narodowym Funduszu Zdrowia, wypisywanie leków, pampersów - to wszystko nagle stało się bardzo łatwe i dostępne. Okazało się bowiem, iż pacjent, który znajduje się pod opieką Hospicjum wszystko to ma dużo bardziej dostępne, gdyż wypisuje to lekarz Hospicjum w domu pacjenta. Komfort naszego życia, jako rodziny ciężko chorego pacjenta, jak również bezpieczeństwo samego  pacjenta, zdecydowanie się poprawiły. Tata nabrał zaufania do Pani Doktor, która regularnie odwiedzała go w domu, proponując kolejne leczenie zwłaszcza przeciwbólowe jak i nowe rozwiązania medyczne.
Tata odszedł 5 czerwca 2016 r. w niedzielę rano. Pani Doktor przygotowała również nas rodzinę na ten bardzo trudny moment. Po telefonie informującym o śmierci Taty natychmiast przyjechała, aby ostatecznie potwierdzić śmierć i wypisać akt zgonu. Życzliwa, kompetentna, profesjonalna Pani Doktor z Hospicjum św. Kamila towarzyszyła nam do końca aż do ceremonii pogrzebowej, w której osobiście uczestniczyła.
Dzisiaj mijają 3 miesiące od śmierci naszego kochanego Taty. Rozpamiętujemy w gronie rodzinnym te trudne chwile i nie umiemy wyrazić wdzięczności za dar Hospicjum i ludzi tam pracujących. Dzięki nim umieranie staje się godne, a rodzina mimo ogromnego bólu dużo lepiej i odważniej opiekuje się swoim bliskim. Jeżeli ktoś pyta mnie, jak sobie radzić w tak trudnych chwilach, jakimi niewątpliwe są ciężkie choroby i śmierć naszych bliskich, natychmiast odpowiem - nie bój się skorzystać z rady i pomocy Hospicjum. Korzystaj ze wsparcia, które jest niezastąpione, a będziesz miał siłę i odwagę być z umierającym do końca.
Dziękuję Pani Doktor Annie Samol za jej profesjonalizm, empatię i opiekę, a także lekarzowi rodzinnemu za skiero-wanie nas na drogę Hospicjum, dzięki któremu mogliśmy godnie przeżyć te trudne chwile.

Małgorzata Szwed

PAN JAN

Pan Jan mieszkał na piętrze starej kamienicy. W pokoju, w którym leżał, okna były stale zasłonięte ciemnymi, zwisającymi do podłogi zasłonami. Sam Jan wysoki, bardzo szczupły leżał wtulony w ścianę, przy której stał tapczan. Sprawiał wrażenie, jakby się czegoś bał. Na pytania odpowiadał, ale rozmowny nie był. Obok łóżka stała niska ława, na której żona zostawiała jedzenie i picie, wychodząc do pracy, ale pan Jan zjadał bardzo mało albo wcale. Kiedyś zagadnęłam go, czy może chciałby spotkać się z kapłanem, na co odpowiedział ze smutkiem, że to nic nie da, gdyż on żyje w związku niesakramentalnym a przecież tego nie jest w stanie już zmienić. Kiedy mu wytłumaczyłam, że w sytuacji w jakiej jest, może pojednać się z Bogiem. Ucieszył się i zgodził, bym przywiozła księdza Edwarda.
Czas spowiedzi przeczekałam na balkonie, a gdy ksiądz zawołał, weszłam, by uczestniczyć w Komunii świętej i Sakramencie Namaszczenia Chorych. Ksiądz Edward przy wszyst-kich tych czynnościach klęczał obok łóżka, razem z pacjen-tem odmówił pokutę, a na końcu serdecznie Janowi pogratulował. Kiedy przyszłam następnego dnia, okna były odsłonięte, a pan Jan leżał pogodny i tak już było do końca, kiedy szczęśliwy odszedł do Pana.

Barbara

NIESKOŃCZONE MIŁOSIERDZIE BOŻE

Kiedyś zadano mi pytanie: „Co cię motywuje do posługi w hospicjum? Czy pójście do tak ciężko chorych nie dołuje cię psychicznie?”
Gdy wstąpiłam do hospicjum byłam na emeryturze. Miałam trochę wolnego czasu i chciałam go sensownie wypełnić. Zawsze byłam otwarta na drugiego człowieka i lubiłam pomagać.
Byłam wolontariuszką już dwa lata, gdy dr Ania skierowała mnie do posługi u pana Cz. Chory mieszkał sam, nie chciał iść do szpitala na oddział opieki paliatywnej, mimo że wymagał opieki całodobowej. Mieszkanie jego było otwarte, domofon obsługiwali sąsiedzi, gdyż pan Cz. nie wstawał z łóżka. Zastałam sytuację bardzo trudną. Chory wymagał dokładnego wymycia, przebrania pościeli oraz przygoto-wania posiłku. Zauważyłam, że jest w głębokiej depresji; pełen buntu, gniewu i złości, której nie ukrywał. Nie ułatwiał mi też czynności pielęgnacyjnych. Nie mogłam nawiązać z nim żadnego dialogu. W każdym jego słowie była agresja.
Gdy wyszłam od niego, z przerażeniem pomyślałam jak sobie dam radę w tej sytuacji. Był to czas urlopowy, nie mogłam liczyć na pomoc innej wolontariuszki. Wówczas pierwszy raz zadałam sobie pytanie: „Co ja tu robię? Czy jestem na właściwym miejscu?” Jak zwykle w trudnych momentach życia pojechałam do kościoła na Mszę św. szukając w swojej bezradności wsparcia u Pana Jezusa. Wyżaliłam się. Wówczas po Komunii św. doznałam jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Usłyszałam w swoich myślach takie słowa: „I ty płaczesz? Ty jesteś pokrzywdzona? Wstałaś rano, samodzielnie zrobiłaś toaletę, samodzielnie zjadłaś śniadanie potem obiad. Czy ktoś ci pomagał? Spójrz na niego. Jest twoim rówieśnikiem. Leży przykuty do łóżka jak do krzyża, obdarty z szat i godności... Czeka. Czeka na taką osobę jak ty – obcą, krzątającą się po jego mieszkaniu, osobę, która wchodzi w jego słabość, w jego intymność i upokorzenie. Gdybyś była na jego miejscu, co byś czuła?”
Wówczas zrozumiałam, co oznacza być wolontariuszem hospicyjnym: Oto ja, w miarę zdrowa, jeszcze w miarę silna fizycznie, chociaż w każdej chwili mogę być w takiej samej sytuacji jak ten chory, idę do ciebie człowieku, który jesteś słaby i bezbronny, bezsilny i psychicznie rozbity. Co powin-nam nieść? Oprócz empatii powinnam nieść to czym obda-rza nas Duch św., a więc miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, życzliwość, łagodność i opanowanie. Ale żeby te cechy były we mnie, muszę być blisko Pana Jezusa i nieu-stannie prostować swoje ścieżki. Nieustannie nawracać się. Zrozumiałam, że mój bunt wynikał z moich urażonych ambicji, z mojego „ego”, z mojego braku pokory. Gdy sobie to uświadomiłam bardzo się zawstydziłam. Chciałabym przytoczyć słowa Chiary Lubich: „Madonna nie poszła do Elżbiety, aby zaśpiewać Magnificat, ale aby Jej pomóc.
I tak też my nie powinniśmy chodzić do swoich bliźnich, aby odkryć chrześcijański skarb, który w sobie nosimy, ale aby razem z nim nieść bóle i ciężary oraz odpowiedzialność.”
Gdy następnym razem przyszłam do pana Cz., zastałam jego córkę z maleńką dziewczynką na ręku. Córka pana Cz. na wstępie powiedziała: „Przyjechałam tylko na 10 dni, bo tylko tyle mój mąż dostał urlopu, żeby zaopiekować się starszymi dziećmi. Potrafię pielęgnować chorego, bo opieko-wałam się moją teściową chorą na raka, ale proszę o pomoc, żebym mogła wyjść z małą do parku lub na plac zabaw. Opowiedziała mi również o bardzo trudnym życiu pana Cz., który sam wychowywał trójkę nieletnich dzieci. Zrozumia-łam jego żal i rozgoryczenie, które zostało z tamtych trud-nych dla niego lat. Byłam bardzo wdzięczna Bogu i tej miłej szlachetnej dziewczynie, polubiłam ją, dobrze się nam się razem współdziałało.
Pan Cz. zmarł w ostatnim dniu pobytu Jego córki. Czy to przypadek? Na pewno nie. Pan Jezus przychodzi do tych, którym źle, ale również do tych, którzy się nimi opiekują. Nieskończone jest miłosierdzie Boże.
Przez kilkanaście lat posługi hospicyjnej bardzo zmieniło się moje życie. Nabrałam dystansu do siebie, do swoich chorób, do swojego materialnego posiadania. Stałam się wolnym człowiekiem. I to jest moja motywacja, aby być wolontariuszką w hospicjum, a sytuacje, które mnie dołują, służą wzrastaniu duchowemu, dają mi większą siłę wewnętrzną i odwagę. Przeszłość zostawiłam za sobą, a przyszłość zostawiam Opatrzności Bożej. Żyję chwilą obecną, bo wiem, że jeżeli Pan jest ze mną, więc któż przeciwko mnie? Kończąc zacytuję wiersz ks. Jana Twardowskiego „Poznaję”

Poznaję ciebie bo masz humory
niebo obok czyśćca piekło od zaraz
i ty mnie zauważasz
bo mam krzywe serce
to znaczy wiele uczuć które mnie prowadzą
błądzimy grzeszymy
i trzaskamy drzwiami
gdy wady uciekną
to się nie poznamy.

Elżbieta Klimas

DOTYK BOGA

Pewnego wrześniowego wieczoru, skierowana do opieki nad panem M., znalazłam się w jego mieszkaniu. Przyjęli mnie wraz z żoną bardzo serdecznie. Od razu poznaliśmy, że odbieramy na tych samych falach. Żona pana M. nie mie-szkała z nim i potrzebowała wsparcia ze strony hospicjum.
Chory miał dobrą opiekę ze strony rodziny. Żona przychodziła rano, przygotowywała posiłki i ogarniała dom, dbała o czystość. Dorosłe dzieci na zmianę przychodziły na noc. Pozostałą część dnia, my wolontariuszki hospicjum, pełniłyśmy dyżury na zmianę. Naszym zadaniem było odgrzanie obiadu, przygotowanie posiłków wieczornych, czasami robienie drobnych zakupów oraz czynności pielęgnacyjne a także rozmowa lub czytanie. Jedna z młodszych wolontariuszek odkryła, że pan M. bardzo lubi słuchać fragmentów Biblii w tym psalmy. W tej tak dobrze zorganizowanej opiece były godziny, kiedy pan M. był sam. Nie ukrywał, że nie lubi samotności stale domagając się, żebyśmy były u niego dłużej i częściej, szczególnie wieczorami. Nasz czas poświęcony choremu jest ograniczony. Każda z nas ma swoją rodzinę, często pracę zawodo-wą, trzeba to wszystko godzić. Wychodząc od chorego, często czułam niedosyt, a nawet uczucie rozdarcia, że za krótko z nim byłam.
Któregoś dnia siedziałam u pana M., rozmawialiśmy. Pokój oświetlony był jesiennym zachodzącym słońcem. Panował ciepły, przyjazny nastrój. W pewnym momencie pan M. powiedział: „Wiesz, boję się przejścia przez ten mostek na drugą stronę”. Wiedziałam, że chorzy często nie mówią wręcz o śmierci, tylko puszczają tzw. „jaskółki”.
Po chwili zastanowienia powiedziałam: „Mówiąc szczerze, ja też się boję, bo idąc na drugą stronę, idziemy w nieznane.
Bo wiara to nie jest wiedza. Możemy tylko zaufać Panu Bogu. Ale skoro istotą Pana Boga jest MIŁOŚĆ i to MIŁOŚĆ nieograniczona, nieskończona, MIŁOŚĆ mimo wszystko. Czy taka MIŁOŚĆ może nas skrzywdzić”? Spojrzałam na zdjęcie jego małej wnusi: „Czy skrzywdziłbyś to maleństwo?”, odpowiedział: „Nigdy, ale ty zawsze umiesz sobie wszystko wytłumaczyć w świetle wiary, a ja zadaję sobie pytanie czy ON istnieje?”. Odparłam, że wiara nie jest wiedzą, jest łaską, wierzę, że ON jest ze mną.
Pan M. coraz bardziej był osłabiony, często spał. Jednak któregoś dnia zatelefonował do mnie, żebym wcześniej przyszła, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia. Zdziwiło mnie jego ożywienie i radość w głosie. Gdy przyszłam, opowiedział mi, co się zdarzyło poprzedniego dnia, a była to niedziela. Otóż powiedział mi: „Słuchałem i oglądałem transmisję Mszy św. z Łagiewnik. W momencie rozdzielania Komunii św. poczułem, że mam Hostię św. w ustach, nie mogłem przełknąć, bo po nocy mam dużą suchość w ustach, więc popiłem wodą. Po przyjęciu Komunii św. zapanowała we mnie duża radość i pokój. Ale później przyszła refleksja. Jak się to stało? Jestem w swoim łóżku, w swoim miesz-kaniu, sto kilometrów od Łagiewnik. Co o tym myślisz? Czy ty mi wierzysz?”
Byłam pod wielkim wrażeniem jego radosnego nastroju, ale również pod wrażeniem Bożego działania, oczywiście wierzyłam w to, co powiedział, wierzyłam, że doznał dotyku Boga. Wówczas przypomniałam mu rozmowę sprzed kilku dni, kiedy to miał wątpliwości w istnienie Boga i powiedzia-łam: „Jaka wielka łaska cię spotkała, Bóg przyszedł do ciebie i powiedział JESTEM, jestem z tobą”. Pan M. był szczęśliwy, bardzo radosny, pełen nadziei. Cieszyłam się jego radością. Od tej pory był spokojniejszy, często zamyślony i jakby nieobecny. Św. Jan Maria Vianney powiedział: „To nadzieja sprawia, że człowiek na ziemi jest szczęśliwy”.
Byłam przy jego odejściu do Pana. Na dziesięć minut przed śmiercią wymieniliśmy kilka słów, przebrałam mu suchy podkoszulek, bo bardzo się pocił. Nie chciał tego dnia, żeby mu czytać, potrzebował ciszy. Siedziałam w fotelu obok jego łóżka, trzymając go za rękę, czytałam brewiarz po cichu. Czułam, że tej nocy może odejść. W pewnym momencie poczułam, jakby prąd przeszedł po mojej ręce, spojrzałam na pana M. W tym momencie oddał ostatnie tchnienie. Byłam bardzo poruszona, że już go nie ma. Zapaliłam świecę i odmówiłam Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiadomi-łam rodzinę, wolontariuszki i dr Anię. Wspólnie z rodziną modliliśmy się, potem wspominałyśmy spędzone chwile u chorego, rodzina opowiadała o czasach, kiedy był zdrowy, pokazywali albumy ze zdjęciami.
Dzięki posłudze w hospicjum poznałam wiele wspaniałych rodzin, wielu wartościowych ludzi i każdy człowiek zostawił we mnie cząstkę swojej wartości. Noszę ich wszy-stkich w sercu, za zmarłych modlę się, wiem, że jestem to im winna.

Ks. Jan Twardowski

Na ręce

Nazywają cię brzydulą
uciekają w te pędy po kolei
biorą ciebie na ręce
jak królika na szczęście

śmierci – chwilo największej nadziei

Elżbieta Klimas

U CHOREJ ANNY

Gdy wspominam moją posługę u chorych, przychodzi mi na myśl jedna, która trwała tylko parę godzin, ale była wyjątkowa.
Było to na początku działalności naszego Hospicjum. Byłam u chorej śp. Jadwigi (posługa długa i trudna). W pewnym momencie zadzwoniła dr. Ania mówiąc, że jest pilna potrzeba posługi w nocy u chorej Anny, osoby samotnej. Pytała, czy mogłabym pójść. Nie zastanawiając się odpowiedziałam, że mogę, gdyż następnego dnia idę do pracy po południu. Dr Ania wiedziała więcej i stwierdziła, że byłoby dobrze, gdyby były dwie osoby, bo może być ciężko, więc postara się kogoś znaleźć. W tym czasie do pani Jadzi przyszła pielęgniarka Zosia Bokuniewicz. Dr Ania porozmawiała z nią i Zosia wyraziła zgodę. Umówiłyśmy się u chorej Anny około godz. 19.00. Zastałyśmy chorą bez kontaktu. Postanowiłyśmy, że będziemy się modlić.
W krótkim czasie, jak zapowiedziała, przyjechała dr Ania. Po zbadaniu chorej uznała, że dobrze byłoby wezwać księdza. Rozejrzałyśmy się, jest krzyż, więc dr Ania pojechała na parafię po naszego kapelana ks. Andrzeja Drogosia. Niedługo wrócili razem. Stanęliśmy wspólnie do modlitwy: ks. Andrzej, pielęgniarka Zosia i ja - wolontariusz niemedy-czny. W trakcie modlitwy pani Ania odeszła do Pana. Jeszcze chwilę pomodliliśmy się, ks. Andrzej i dr Ania odjechali, a ja i Zosia przystąpiłyśmy do toalety i ubrania zmarłej. Pani Zosia zabrała klucze i na następny dzień oddała do MOPS-u (chora przez MOPS zgłoszona do opieki).
Opisuję to tak szczegółowo dlatego, że wyraźnie widzę tu Boże działanie. Bóg daje do zrozumienia, jak bardzo zależy mu na człowieku, potrzeba naszego tak, a On reszty dokona. Pan Bóg na początku naszej działalności chciał nam pokazać, że każdy jest potrzebny i każdy jest bardzo ważny, i że jest to dla nas przywilej, jeżeli możemy towarzyszyć przy śmierci naszych podopiecznych.
Po kilku miesiącach pani Zosia otrzymała list od koleżanki z podziękowaniem, że byliśmy przy śmierci śp. Anny. Okazało się, że zmarła śp. Anna była wyznania prawosław-nego. Bóg wskazał, że Hospicjum ma służyć wszystkim lu-dziom bez względu na wyznanie.
Bardzo dziękuję Panu Bogu za tę posługę.

Elżbieta Adamus

Starsi ludzie

Wspominając swoich podopiecznych, ze wzruszeniem myślę o starszym Panu, którym kilka lat temu miałam przyjemność się opiekować. Przy pierwszym spotkaniu żona chorego przyjęła mnie chłodno, żeby nie powiedzieć - odrzucająco.
Wydała bardzo dużo zaleceń dotyczących pracy z mężem, między innymi: gotowanie, podawanie wielu lekarstw, napojów czy gimnastyki. Zaskakujące było szczególnie polecenie, aby chory cały czas chodził, mimo iż był wycieńczony chorobą nowotworową. Po wyjściu żony zabrałam się do pracy. Chory z uśmiechem wykonał kilka ćwiczeń rąk i nóg, po czym przystąpiliśmy do chodzenia.
Po kilku minutach spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i poprosił, abyśmy przestali spacerować, bo jest bardzo zmęczony. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że w tym przypadku nie te ćwiczenia będą najważniejsze w mojej pracy. W oczach chorego zauważyłam tęsknotę za innym rodzajem kontaktu. Na moje szczęście żona po swoim powrocie nie wróciła do tematu chodzenia. Nie byłam pewna, czy sprostam w następnych dniach jej ocze-kiwaniom. Trochę się bałam. W drodze powrotnej spotkałam koleżankę z hospicjum, z którą podzieliłam się swoimi obawami. Na szczęście była to osoba doświadczona i pełna Ducha Bożego tak niezbędnego w tej posłudze. Usłyszałam od niej: „Nie bój się. Przed wejściem do tego budynku poproś o pomoc Ducha św., a wszystko będzie dobrze”. Tak się też stało. Ku mojemu zdziwieniu następnego dnia Pani domu czekała już na mnie w przed-pokoju. Kiedy weszłam, przeprosiła mnie za swoje zachowanie poprzedniego dnia. Grzecznie zapytała, czy w czasie mojego pobytu może wychodzić na kilka godzin z domu. Zgodziłam się na to chętnie, tym bardziej, że mój kontakt z chorym stawał się coraz bardziej ciepły i przyjazny. Starałam się znaleźć temat do rozmowy, który byłby dla niego najbardziej interesujący. Mogło to być dla mnie nie lada wyzwanie, gdyż chory był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Kiedy jednak okazało się, że nie chce rozmawiać ani na temat fizyki, matematyki, ani historii, przemknęła mi natychmiast myśl, że ten człowiek dojrzał w swoim cierpieniu do rozmów o Bogu; podejrzewałam, że mogę być jedyną osobą, z którą może mówić o Jezusie, zawierzeniu, miłości, miłosierdziu i modlitwie.
Kiedy zaproponowałam ten temat, oczy podopiecznego ożywiły się i łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy.
Od tego dnia przez cały rok, oprócz codziennych czynności modliliśmy się do Jezusa, mówiliśmy o Jego miłosierdziu i o zbawieniu. Przyszedł jednak czas końca ziemskiej wę-drówki mojego chorego. Pewnego dnia żona, otwierając mi drzwi, oznajmiła, że nie ma po co już wchodzić do umie-rającego, bo od dwóch dni jest w agonii, bez kontaktu z otoczeniem. Poprosiłam o pozwolenie zobaczenia się z nim. Kiedy weszłam, otworzył oczy. Zapytałam, czy wie, kim jestem? „Siostra Anna” – odpowiedział bez wahania. Pomodliliśmy się ostatni raz. Wychodząc, powiedziałam: „Będę jutro o 8.00 poczekaj na mnie”. Poczekał. Nazajutrz, kiedy żona jak zawsze wyszła z mieszkania, usiadłam przy chorym i powierzyłam jego duszę Bogu. Po kilku minutach spokojnie odszedł do Pana, wydając ostatnie delikatne tchnienie.
Myślę, że Bóg postawił mnie na drodze tego człowieka, aby wyrwać go duchowo z laickiego otoczenia i dać nadzieję zbawienia.
Drugie wspomnienie dotyczy starszej kobiety, niezwykle samotnej, skonfliktowanej z sąsiadami, pracownikami pomocy społecznej, służbą zdrowia, a nawet z rodziną.
Jej samotność niewątpliwie wynikała z trudnego charakteru, z roszczeniowości. Życie, które przeżyła, na pewno nie należało do łatwych. Wojna, rozwód, wychowanie dwóch córek. Kiedy przyszłam pierwszy raz i zaproponowałam różne posługi, powiedziała: „Pani nie jest od roboty, bo to wykonują osoby, którym płacę. Pani będzie dla mnie dla towarzystwa. Przy dużym okrągłym stole czekała już na mnie herbata. Zrozumiałam, że to nie będzie łatwa posługa. Chora była ciekawa świata, nowinek politycznych, wydarzeń w życiu społecznym. Zaburzenia miażdżycowe, które dotykały podopieczną już w poważnym stopniu, powodowały pewne - nierzadko humorystyczne - wypowiedzi, jak np. „Ta, że Putin właśnie umarł” i to oczywiście na raka. Kiedy wchodząc, mówiłam, że zmienia się pogoda, jutro będzie jeszcze zimniej, usłyszałam, że ta sprawa musi zostać przyjęta przez sejm i nie wiadomo, czy zmiana faktycznie nastąpi.
Ogólnie rozmowy z chorą były dosyć trudne. Postanowiłam poprosić ją o pożyczenie jakiejś - najchętniej religijnej - książki z jej dość bogatej biblioteczki, abyśmy miały temat do dyskusji. Wybrała jedną z książek Dobraczyńskiego. Miałyśmy o czym rozmawiać chociaż przez pół godziny. Kiedy w tym dniu wybiła godz. 12.00 zaproponowałam modlitwę Anioł Pański. Chora zapytała: „Za kogo ta modlitwa?” Odpowiedziałam – „Za nas”. Chora machnęła ręką i powiedziała: „Daj Pani spokój”. Zrozumiałam, że moja podopieczna nie chce z innymi się modlić. Zasmuciło mnie to, bo wiedziałam, jak ciężko, bez autentycznego zawierzenia się Bogu, bez wsparcia najbliższych, jest umierać. Było mi jej bardzo żal, a jednocześnie miałam wątpliwość, czy moje wizyty mają jakiś sens. Nie ukrywam, że w pewnym momencie był we mnie opór, że chciałam zrezygnować z odwiedzin. Wtedy to wydarzyło się coś, co pozwoliło mi zupełnie inaczej spojrzeć na nasz kontakt. Wypełniając, jak zwykle, zeszyt odwiedzin /a miałam dylemat co wpisać oprócz rozmów/ spojrzałam na chorą i bezradnie zapytałam: „No i co ja mam tu znowu napisać, kiedy Pani nie pozwala mi w niczym sobie usłużyć?” Pacjentka zdenerwowała się i stanowczo powiedziała: „Dzisiaj ja pani podyktuję, ale proszę to napisać!: „Pani dla mnie jest ważniejsza niż wszystkie te lekarstwa” i wskazała ręką na dwie wielkie półki z lekarstwami. Słowa te poruszyły mnie bardzo i zrozumiałam, że nasze odczucia często odbiegają od odczuć ludzi chorych i bardzo samotnych. Wystarczy tylko być, poświęcić czas, czasem tylko milczeć i słuchać. To wystarczy. Kiedy przyszłam następny raz, zauważyłam ze zdziwieniem, że zniknęły wszystkie lekarstwa, które były w mieszkaniu. Nie pytałam dlaczego.

Anna Węglarz

Dorota

Długo czekałam na ten pierwszy raz. Nie miałam żadnego doświadczenia w pielęgnowaniu chorych, ale bardzo chciałam to doświadczenie zdobywać. Na każdym spotkaniu zespołu liczyłam, że w końcu będę potrzebna. Ten dzień nadszedł niespodziewanie początkiem czerwca 2007 roku.
- Potrzebny jest ktoś na noc, trzeba umożliwić żonie chorego odpoczynek, już dwie noce nie spała - powiedziała pani doktor Ania.
Kwadrans wcześniej odebrałam sms od syna, że dojeżdża do Bielska, świetnie, mogę się zgłosić. Dostałam adres, numer telefonu i kilka wskazówek dotyczących chorego.
Była 20.10, gdy zaparkowałam samochód i z lękiem podeszłam do drzwi, zadzwoniłam, cały czas modląc się w duchu i prosząc Boga o pomoc.
- Dobry wieczór, jestem wolontariuszką Hospicjum św. Kamila, dzwoniłam godzinę temu do pani.
- Bardzo mi miło, Dorota, tak się cieszę, że pani przyszła, zapraszam do pokoju, zrobię kawę.
Nie pamiętam, która z nas była bardziej zdenerwowana. W pokoju na łóżku leżał pan Henryk. Przywitałam się, przedstawiłam, chory patrzył na mnie wielkimi, cierpiącymi oczami. Nie mówił. Co jakiś czas całe jego ciało przechodziły silne dreszcze, trzeba było pilnować, żeby nie spadł z łóżka.
- Jest coraz gorzej, nie mam już prawie sił i tak bardzo się boję, jak to będzie, gdy …. Teraz gdy pani przyszła, czuję się pewniej, pani jest taka doświadczona i wie, co robić.
Zwykle jestem bardzo pewna siebie, tym razem głos uwiązł mi w gardle, właściwie od początku miałam jej powiedzieć, że jestem po raz pierwszy u chorego, ale teraz nie miałam już odwagi. A jak obie wpadniemy w panikę? Nie powiedziałam nic. Pani Dorota zaczęła mi opowiadać o swoim życiu, o mężu, córce, wnuku.  Ja też powiedziałam o sobie i mojej rodzinie.
- Może mówmy sobie po imieniu - zaproponowała Dorota.
- Z przyjemnością, tak będzie swobodniej rozmawiać, ale właściwie, to przyszłam, żebyś mogła odpocząć, więc może połóż się trochę.
Dorota poszła wziąć prysznic, zostałam sama z panem Henrykiem i bardzo się bałam. Zastanawiałam się, o czym on myśli, leżąc tak z otwartymi oczami, wpatrzony w sufit albo może poza sufit. Co jakiś czas poprawiałam go na łóżku, tak silne miał dreszcze.  Nie reagował na słowa. Czy tak wygląda umieranie, nigdy nie widziałam umierającego, zmarłego tylko z daleka. Co mam robić, jak zostanę zupełnie sama? Zaczęłam się modlić, wróciła Dorota. Zrobiła kolejną kawę, dla mnie i dla siebie.
- Nie mogę zasnąć, może później.
- Dorotko, to nie moja sprawa, ale czy był u Henryka ksiądz? – pozwoliłam sobie na to pytanie, bo na ścianie wisiał obrazek ze świętym Maksymilianem Kolbe.
- Nie, nie chodzimy do kościoła, w Boga wierzymy, ale wiesz, z księżmi bywa różnie, ci tu u nas bardzo nam zaleźli za skórę, nie, Henryk nie chciał rozmawiać z księdzem.
Opowiedziała mi historię swojego małżeństwa. Jej mąż był już po rozwodzie, gdy się poznali. Nie mieli ślubu kościelnego, więc problemy były przy wszystkich kontaktach z parafią. Chrzest córki, I Komunia, lekcje religii – zawsze pod górkę, zawsze nerwy, ciągły konflikt i pretensje.
- Może tak było kiedyś, sama mówiłaś, że do końca nie wiedział, że jest tak ciężko chory, a teraz już nam nie powie. Nie podejmuj za niego decyzji, zwłaszcza tak ważnej. Poza tym ksiądz jest tylko pośrednikiem między Bogiem, a nami.  Jeśli nie pogniewaliście się na Boga, to trzeba przełknąć tę żabę i wezwać księdza.
Dorota, początkowo niechętnie, w końcu przyznała:
- Masz rację, zadzwonię zaraz rano do kancelarii i popro-szę księdza.
- Nie czekajmy do jutra, zadzwonię po naszego księdza do hospicjum.
O 23.00 przyjechała pani doktor Ania z księdzem Edwardem. Pierwszy raz (znowu pierwszy) byłam świadkiem namaszczenia chorych. Nie pomyślałabym nigdy wcześniej, że to taki piękny sakrament. I wtedy stał się cud, a może tylko mnie się tak zdawało, twarz Henryka jakby się rozjaśniła i całkowicie ustały dreszcze, a ja przestałam się bać.
Minęło kilkanaście minut, Dorota rozmawiała przez telefon z córką, ja usiadłam przy chorym i trzymałam go za rękę, widziałam, jak jego oddech zwalnia, oczy stają się nieobecne…
- Dorotko, przerwij rozmowę, Henryk odchodzi.
Dorota usiadła na łóżku, wzięła rękę męża w swoje ręce i cichutko coś do niego szeptała, ja klęknęłam obok i zaczęłam się modlić.
Pani doktor nie zdążyła dojechać do domu, gdy zadzwoniłam. Wróciła z księdzem, klęknęła obok mnie i modliła się spokojnie. Po czynnościach medycznych wspólnie, we trzy, umyłyśmy i ubrałyśmy zmarłego.
Zostałam z Dorotą do rana. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, właściwie wyłącznie ona mówiła, dużo było wspomnień, najwięcej tych miłych, radosnych, czasem bardzo śmiesznych. Przyznałam się, że to było moje pierwsze doświadczenie, roześmiała się, a potem objęła mnie i uściskała, - Dobrze, że nie powiedziałaś mi tego na początku, byłaś taka opanowana, że nawet mi to nie przyszło do głowy. Czułam się z Tobą całkowicie bezpiecznie, dziękuję.
Tyle rzeczy zrobiłam i przeżyłam po raz pierwszy w życiu tej nocy. Tyle się nauczyłam. Nigdy nie wiemy, jaki scenariusz napisze nam Bóg. Pojechałam, żeby położyć spać Dorotę, zasnął Henryk...

Teresa

Sikorki w moim ogrodzie

W naszej posłudze mamy szczęście spotykać bardzo wielu ciekawych ludzi i wiele od nich dowiedzieć się i nauczyć, na przykład: jak działa zawór kulowy lub jak przygotować szarlotkę. Tu chcę opowiedzieć o parze małżeńskiej, która nauczyła mnie obserwować przyrodę tuż za oknem.
Stanisław i Zofia byli bezdzietnym małżeństwem. Zachowali pogodę ducha i wrażliwość na piękno otaczającej przyrody. Mieszkali na obrzeżach miasta, mieli duży ogród, taki trochę dziki, z zaroślami, w których gnieździły się różne gatunki ptaków. Zimą w zadaszeniu pod balkonem wisiała dość duża taca, która pełniła rolę karmnika, a mieszkańcy mogli z pokoju swobodnie oglądać przylatujące ptaki. Przylatywały różne, ale ulubieńcami państwa N. były sikorki – znali ich rodzaje i zwyczaje. Sikorki przylatywały gromadą pierwszy raz przed południem, a drugi raz po południu. Kiedy przylatywały, oczy obojga małżonków kierowały się w stronę okna – patrzyli i mówili o ptaszkach z taką czułością, jak dziadkowie mówią o swoich wnukach.
Odwiedzałam państwa N. codziennie od grudnia do marca; podłączałam panu Stanisławowi kroplówkę i rozmawialiśmy, a tematów nigdy nie brakowało, ale gdy przylatywały sikorki rozmowa milkła, a my podziwialiśmy ich subtelne piękno. Kiedy odlatywały, wracaliśmy do przerwanej rozmowy. I tak było przez wiele dni. Choć pan Stanisław był coraz słabszy, to na widok sikorek zawsze się ożywiał.
Gdy nadszedł dla niego dzień przejścia, miałam wrażenie, że czekał aż przyjdę, by towarzyszyć mu w tej bardzo trudnej chwili. Leżał na łóżku, był bardzo blady, z trudem oddychał, drżał, pocił się, a przerażone oczy miał utkwione we mnie. Uklękłam, otarłam mu czoło, ujęłam za rękę, pani Zofia uklękła z drugiej strony i półgłosem odmawiałyśmy modli-twę w jego imieniu. Pan Stanisław się uspokoił, oddychał coraz wolniej i płycej, aż westchnął po raz ostatni, a my doprowadziłyśmy modlitwę do końca – do pierwszego w jego intencji „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie...” Potem z szacunkiem ubrałyśmy ciało.
Poczytuję sobie za zaszczyt to, że mogłam takich ludzi w życiu spotkać, pomagać im, chłonąć atmosferę prawdziwego dobra i piękna, jakie z nich emanowało.
W moim ogrodzie pojawiły się budki lęgowe oraz różne karmniki dla ptaków i kiedy korzystają z nich sikorki, wspominam z wdzięcznością pana Stanisława i jego żonę.

Barbara

Anielcia

Panią Anielcię poznałam w szpitalu na praktykach wolontariatu. Był chłodny jesienny poranek, kiedy pierwszy raz weszłam na salę chorych oddziału paliatywnego. Chore leżały zamyślone, wpatrzone w sufit jakby przeczuwały, że za chwilę może się coś wydarzyć – że ich ziemska wędrówka dobiega końca.
Jak błyskawica przypomniało mi się przeżycie z dzieciństwa – cztery lata walki z chorobą nowotworową mojego taty. I tak jak przed 40 laty, tak i teraz poczułam, że jestem bezsilna. Dlaczego? Wtedy byłam dzieckiem, nie rozumiałam dlaczego mój tato musi tak bardzo cierpieć. Teraz jestem kobietą-matką z dużym bagażem ciężkich przeżyć, przygotowaną na spotkanie z cierpiącymi, a jednak się rozpłakałam. Wybiegłam z sali, w toalecie zaciskałam pięści i modliłam się, żeby przestać płakać, żeby móc wrócić do chorych na salę. Wiedziałam, że jeżeli teraz się poddam, to koniec z moim wolontariatem. Spodziewałam się takiej reakcji po sobie, ponieważ jestem bardzo wrażliwa na cierpienie innych. Dzięki Bogu uspokoiłam się i przestałam płakać i wróciłam na salę.
Pani Anielcia po paru dniach wróciła do domu. Została moją podopieczną. Prawie przez rok na zmianę z innymi wolontariuszkami odwiedzałyśmy ją codziennie. Anielcia, bo tak chciała, żebym się do niej zwracała, była z rocznika mojej mamy i tak też ją traktowałam. Bardzo cierpiała.
Jej ciało w ranach. Siedziała na wózku inwalidzkim. Słabo słyszała a pod koniec swojego życia nie widziała. Była bardzo wymagająca i pedantyczna, jak na swój sędziwy wiek. Umiała też dziękować i powtarzać w nieskończoność Bóg zapłać...
Anielcia bardzo cierpiała fizycznie. Cierpiało także zranione jej serce. Brakowało jej miłości i czułości naj-bliższych. Odczuwałam to, kiedy się z nią witałam i żeg-nałam. Wydawało mi się, że moja dłoń chce zatrzymać na zawsze w swoich. Chciała, żeby jak najbliżej przy niej siedzieć i trzymać ją za rękę. Często modliłyśmy się razem na różańcu, który zawsze chciała mieć w zasięgu ręki, czy to na wózku inwalidzkim, czy w łóżku. Kiedy ból jej bardzo dokuczał, prawie krzyczała: „Boże już nie wytrzymam. Zabierz mnie.” Ale wiedziała też, że jej cierpienie jest najlepszą próbą i potwierdzeniem miłości do ukrzyżowa-nego. Swoim cierpieniem chciała odkupić winy najbliższych swojemu sercu. Za chwile zwątpienia, bo też bywały, zaraz przepraszała Boga. Starałam się zrozumieć jej cierpienie i jej ból serca. Ale czasami myślałam sobie, po co mi ten wolontariat, przecież mogę siedzieć sobie wygodnie
w domu. Na szczęście takich zwątpień miałam mało. Dwa miesiące przed śmiercią Anielcia już nie opuszczała łóżka. Starałam się, jak mogłam, żeby jej ulżyć w cierpieniu,
ale ciągle wydawało mi się, że robię za mało. Czasami myślałam, że gdybym mogła wykręcić moje serce, to może więcej jeszcze okazałabym Anielci dobroci.
Odeszła w ciszy i spokoju. Myślę, że ta ostatnia chwila z jej długoletniego cierpienia była dla niej najmilsza. Przy jej łóżku stał syn.
Dziękuję Bogu, że jestem wolontariuszką. Niech w każ-dym chorym potrafię dojrzeć cierpiącego Chrystusa.

Maria Katarzyna

Powołanie

Około 20 lat temu w ramach pracy w Pogotowiu Ratun-kowym mieliśmy przewieźć chore dziecko ze szpitala w Wadowicach /niedaleko karmelitów/ do kliniki.
Był wieczór wigilijny. Miałam ze sobą harmonijkę ustną, by w chwilach wolnych grać kolędy. W końcu korytarza szpitalnego stała przybrana choinka. Przykucnęłam opodal i cichutko grałam kolędy. Powolutku z sal szpitalnych zaczęły wyłaniać się główki dziecięce, odważniejsze wychodziły na korytarz. Dziewczynka około 5 lat podeszła do mnie blisko i zapytała: „Czy ty jesteś aniołkiem?” Byłam ubrana w biały fartuch i srebrzysty skafander. Odpowiedziałam: „Nie”. Widzę zawiedzioną minkę. Za chwilę drugie pytanie: „A co nam przyniosłaś?”... Żeby nie rozczarować sobą dzieci, odpowiedziałam, że przyniosłam im Dobrą Nowinę: „Tej nocy narodził się mały Pan Jezus. Dzisiaj obdarza wszystkich ludzi czystego serca darami, każdemu spełnią się marzenia”. Odpowiedziała: „Ja mam czyste serduszko, chcę iść do domu. Chcę być zdrowa.” To samo mówiły inne dzieci. Zapewniłam ich, że te życzenia na pewno się spełnią, ale nie wszystkie na raz.
Ponieważ trzeba było wrócić do obowiązków, pożegnałam się z dziećmi. A dziewczynka uścisnęła mnie i życzyła, bym została aniołkiem... i to życzenie nadal mnie mobilizuje.

Jedna z pierwszych wizyt

Pacjenta lat około 50 zastałam w jego własnym mieszkaniu, ale ogołoconym ze wszystkich mebli i sprzętu potrzebnego do życia. Leżał na polowym łóżku, a obok taboret  z wodą mineralną. Po rozmowie okazało się, że żona z dziećmi dawno go opuściła, bo pił alkohol. Przepił wszystko co posiadał, pił w towarzystwie kolegów, z którymi kiedyś zdobył złoty medal na olimpiadzie.
Choroba nowotworowa przyszła nagle, jest drugi dzień po powrocie ze szpitala. Trzeba było zacząć od wielu spraw naraz. Wypożyczono mu łóżko hospicyjne, potrzebne sprzęty do pielęgnacji chorego. Nawiązałam kontakt „z kolegami od kieliszka”. Po długiej rozmowie zmobilizowali się do pielęgnacji chorego, ułożyli sobie grafik dyżurów, przynosili posiłki, wzorowo dbali o chorego.
Moim trudnym zadaniem była zmiana pampersów – opatrunków, tam zlokalizowana była choroba nowotwo-rowa. Mimo że wykonywałam to niezwykle delikatnie, wymagało to wcześniejszej premedykacji. Kiedyś zapytał, ile mi za to płacą, bo on by tej śmierdzącej roboty nie robił za żadne pieniądze. Zdziwiła go moja odpowiedź, że jestem wolontariuszką. Pytał dla jakiej idei tak się poświęcam. Prosił, bym opowiedziała mu o swoim Bogu, jakim On jest. Prosił o księdza, został ochrzczony. Wróciła do niego żona i dzieci. Powiedziała, że bardzo dziękuje mi za to, że był na dnie (wtedy chciał popełnić samobójstwo), a teraz wyszedł na ludzi, mógł naprawić zło, przeprosić żonę, dzieci, sąsiadów. Postawa chorego stała się bodźcem dla kolegów do wyjścia z alkoholizmu.
Umierał szczęśliwy, przygotowany.

Złote gody

Wzruszające były wizyty u pacjenta, który miał w niedłu-gim czasie obchodzić wraz z małżonką „Złote gody”. Choroba schodziła na drugi plan. Najważniejsze były przygotowania do tej uroczystości. Pacjent już nie chodził, więc zaproponowałam, że mszę św. Jubilatom można odprawić w domu. Pacjent oburzył się: „Jakem 50 lat temu doprowadził małżonkę do ołtarza, to i teraz to uczynię”.
Liczna kochająca się rodzina stawiła się w komplecie. Uroczyście wjechał na wózku Złoty Jubilat prowadząc za rękę swą małżonkę. Słychać było obecność wnuków i prawnuków, brali czynny udział w Eucharystii /służba liturgiczna, śpiewy, czytania, modlitwa wiernych/. Byłam obecna w kościele z torbą medykamentów /nie były potrzebne/. Miałam i ja dla nich życzenia i podarunek – upleciony zielony wieniec z nagietkami i stroik dla dostojnych Jubilatów. Gdy ich przystroiłam, zdjęciom nie było końca.
W tydzień później pacjent nagle odszedł. Niedawno odwiedziłam małżonkę, na ścianie wisi portret pięknie przystrojonej „Złotej Pary”.

Lęk u chorych

Chory terminalnie miał silny lęk przed śmiercią. Nie po-magały leki psychotropowe. Pocił się, przyspieszony oddech i tętno, nawet miewał wrażenie duszności, bezsenność. Pewnego dnia przyjechał ksiądz z rodziny i przywiózł relikwie św. Ojca Pio, modlili się cały dzień. Następnego dnia, gdy przyjechałam, pacjent był zupełnie inny. Znikł lęk, na ustach pojawił się zagadkowy uśmiech. Oznajmił mi, że już nie boi się śmierci, bo już „tam był”. Miała 95 lat, wiek i choroba nowotworowa zrobiła spustoszenie w jej organizmie. Miała piękne duże oczy, była kiedyś piękną kobietą, co mogłam zobaczyć, przeglądając albumy. Przy tym poznałam chyba całą historię jej życia. Miałam relacje z okresu młodości /jak wyglądały randki 70-80 lat temu/, jak to kiedyś się żyło. Nie chciała wypuścić mnie z domu, więc wizyty trwały czasem 3-4 godziny. Twierdziła, że kiedy jestem z nią, to czuje się zdrowa, bezpieczna, niczego się nie boi.

Wynoś się

Był wietrzny i deszczowy dzień, gdy szłam na nowe zgłoszenie. Wiatr wyginał parasol na wszystkie strony. Kiedy stanęłam w drzwiach domu chorego, byłam totalnie zmoczona. Pacjent przywitał mnie: „Wynoś się!!!”. Cofnęłam się dwa kroki, przeprosiłam, że przyszłam i dodałam, że gdyby się rozmyślił to przyjdę znów i zostawiłam numer telefonu. Gdy wróciłam do swego domu, napiłam się ciepłej herbaty, odebrałam telefon, w którym pacjent serdecznie mnie przepraszał i zapraszał. Udałam się więc ponownie, idąc przez wiatr i deszcz. Tym razem było ciepłe powitanie. Okazało się, że wcześniej trafiłam na sprzeczkę rodzinną i oberwało mi się. Niezgoda w rodzinie była tam problemem numer jeden, trwała od wielu lat. Rozmawiałam z każdym członkiem rodziny osobno i doszłam do sedna sprawy. Udało się doprowadzić do zgody w rodzinie. Było to przed Bożym Narodzeniem. Cała rodzina w komplecie od niepamiętnych czasów zasiadła zgodnie do wieczerzy wigilijnej i spożyła ją wraz z chorym. Po północy pacjent zmarł.

Smutne

Byli małżeństwem z dzieckiem. Mąż wplątał się w sektę, zostawił żonę i dziecko, zabrał część majątku i wyjechał wraz z sektą do Ameryki. Wrócił, gdy córka zdawała maturę, żona już nie żyła. Sekta dała mu bilet do Polski, gdy stwierdzono rozsiew choroby nowotworowej. Był bardzo smutny, nie miał ubezpieczenia, sił i środków do życia. Był w rozpaczy, zrozumiał, że przegrał życie, że co się stało, to się nie odstanie. Próbowałam go pocieszyć, pytałam czy chce pojednania z Bogiem. Odmawiał z uporem.
Miał dobrą, kochającą żonę, zdolne dziecko. Spodobała się mu seksowna kochanka i dla niej porzucił tych, którzy go kochali. Mijały lata. Córka wykształciła się, żona dorobiła się domu, warsztatu pracy. Pewnego dnia wrócił chory nowotworowo w stanie terminalnym. Żona przywitała serdecznie, udostępniła pokój osobny, opiekowała się nim troskliwie. Pacjent był nadal smutny. Gdy pytałam o powód smutku, odpowiedział, że wolałby, by żona go okrzyczała, a nawet by mu złoiła skórę, bo na to zasłużył. A teraz on nie może znieść jej dobroci, ma wyrzuty sumienia.

Zabawne historie

Kiedyś chory hospicyjny zapytał mnie w tajemnicy przed żoną, czy widzę kogoś siedzącego na krześle pod domem. Odpowiedziałam, że nikogo nie widzę. Jemu się też zdawało, że nikt z domowników nie widzi tego „obecnego”. Pyta się, czy to normalne? Nie zażywa leków narkotycznych, a widzi młodzieńca w czarnym garniturze, białej koszuli, patrzącego stale na niego. Zaproponowałam mu, że usiądę na „tym” krześle. Na to on: „Pani doktor... to nieprzyzwoite siadać Aniołowi na kolanach!”
Pewien syn pacjentki hospicyjnej przyjechał po mnie na wizytę. Gdy jechałam z nim, włos mi się jeżył, modliłam się, by cało dojechać. Pytałam, od kiedy ma prawo jazdy, a on na to, że od wczoraj. Przyznał, że egzaminator radził mu, by na pierwszą jazdę zabrał lekarza lub teściową.

Zgoda na śmierć matki

Umierała matka mająca pięcioro dzieci. Bardzo cierpiała, mimo otrzymywanych leków. Rozpiętość wieku dzieci była ogromna od 18 do 6 lat. Agonia trwała prawie 3 doby, dzieci popłakiwały, tuliłam je, pocieszałam. W pewnym momencie najmłodsza stanęła przede mną z pytaniem: „Dlaczego Pan Jezus nie chce naszej mamusi w niebie?”.... Odpowiedziałam, że to mamusi trudno odejść do nieba, bo słyszy jak popłakują. Na to mała rzekła stanowczo: „Słuchajcie, nie płaczemy!” I faktycznie nastała cisza i matka spokojnie zmarła.

Czy możesz być moją mamą?

Kiedyś byłam na pogrzebie młodej mamy zmarłej na raka. Czteroletni syn zmarłej podszedł do mnie: „Czy ty możesz być moją mamą?”... Odpowiedziałam: „Mamą nie, ale mogę być babcią”. Na to on: „Babcię to ja mam”.

Anna Samol

Z różańcem w ręku

Szare marcowe popołudnie. Późnym wieczorem docie-ramy wreszcie do 62-letniego Mieczysława – to nasze pierwsze odwiedziny u niego.
Otwiera nam żona ze łzami w oczach i różańcem w ręku. „Tak się modliłam, żebyście jakoś dotarli jeszcze dzisiaj – właśnie kończę różaniec w tej intencji!” Uśmiechamy się do niej: „Nie dało się wcześniej, byliśmy już u kilku chorych. Widocznie Pan Bóg czekał, aż Pani skończy ten różaniec”. Chwila powitania i nagle… ten strach w jej oczach.
Jest problem. Nie mówiła mężowi, że z lekarzem przyjedzie też kapłan. Co ma teraz powiedzieć? Domyśli się, że jest z nim źle! Uspokajamy ją i wchodzimy do pokoju chorego. Najpierw przedstawiam się, potem przedstawiam też kapelana hospicyjnego.
I tu niespodzianka. W oczach Mieczysława błysk radości i … ulga. Z uśmiechem mówi – „Tak się cieszę. Już od kilku dni rozmyślam, jak żonę poprosić o kapłana i sakramenty. Nie chciałem jej sprawiać bólu i cierpienia mówiąc, że czuję zbliżającą się śmierć i potrzebuję wsparcia przed jej nadejściem. Wiem, jak jej jest teraz ciężko, kiedy ja odchodzę. Jestem szczęśliwy, że jesteście razem i że od razu mogę skorzystać z sakramentów”.
Po załatwieniu spraw medycznych i udzieleniu Mieczysławowi sakramentów modlimy się wspólnie i dość długo rozmawiamy żałując, że oboje zwlekali z taką rozmową chcąc ukryć swoje emocje i chronić siebie nawzajem przed bolesną prawdą. Umawiamy się na następne spotkanie, ale Pan Bóg wyznaczył nam inny termin. Mieczysław zmarł dwa dni później po nagłym pogorszeniu stanu wśród objawów zatoru tętnicy płucnej.

Anna Byrczek

Nasze hospicjum

Stowarzyszenie
"Hospicjum św. Kamila
w Bielsku-Białej"

ul. NMP Królowej Polski 15
43-300 Bielsko-Biała
tel. 33/ 811 03 67
e-mail: zarzadkamilbb@vp.pl

NIP 547-210-59-44
REGON 241158869

Konto bankowe
ING Bank Śląski
nr 15 1050 1070 1000 0023 4115 9347

wpis do Księgi rejestrowej
podmiotów wykonujących

działalność leczniczą
pod nr 000000025415

Polecamy