Wspomnienia o chorych do 2012 r.

Starsi ludzie

Wspominając swoich podopiecznych, ze wzruszeniem myślę o starszym Panu, którym kilka lat temu miałam przyjemność się opiekować. Przy pierwszym spotkaniu żona chorego przyjęła mnie chłodno, żeby nie powiedzieć - odrzucająco.
Wydała bardzo dużo zaleceń dotyczących pracy z mężem, między innymi: gotowanie, podawanie wielu lekarstw, napojów czy gimnastyki. Zaskakujące było szczególnie polecenie, aby chory cały czas chodził, mimo iż był wycieńczony chorobą nowotworową. Po wyjściu żony zabrałam się do pracy. Chory z uśmiechem wykonał kilka ćwiczeń rąk i nóg, po czym przystąpiliśmy do chodzenia.
Po kilku minutach spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i poprosił, abyśmy przestali spacerować, bo jest bardzo zmęczony. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że w tym przypadku nie te ćwiczenia będą najważniejsze w mojej pracy. W oczach chorego zauważyłam tęsknotę za innym rodzajem kontaktu. Na moje szczęście żona po swoim powrocie nie wróciła do tematu chodzenia. Nie byłam pewna, czy sprostam w następnych dniach jej ocze-kiwaniom. Trochę się bałam. W drodze powrotnej spotkałam koleżankę z hospicjum, z którą podzieliłam się swoimi obawami. Na szczęście była to osoba doświadczona i pełna Ducha Bożego tak niezbędnego w tej posłudze. Usłyszałam od niej: „Nie bój się. Przed wejściem do tego budynku poproś o pomoc Ducha św., a wszystko będzie dobrze”. Tak się też stało. Ku mojemu zdziwieniu następnego dnia Pani domu czekała już na mnie w przed-pokoju. Kiedy weszłam, przeprosiła mnie za swoje zachowanie poprzedniego dnia. Grzecznie zapytała, czy w czasie mojego pobytu może wychodzić na kilka godzin z domu. Zgodziłam się na to chętnie, tym bardziej, że mój kontakt z chorym stawał się coraz bardziej ciepły i przyjazny. Starałam się znaleźć temat do rozmowy, który byłby dla niego najbardziej interesujący. Mogło to być dla mnie nie lada wyzwanie, gdyż chory był człowiekiem wszechstronnie wykształconym. Kiedy jednak okazało się, że nie chce rozmawiać ani na temat fizyki, matematyki, ani historii, przemknęła mi natychmiast myśl, że ten człowiek dojrzał w swoim cierpieniu do rozmów o Bogu; podejrzewałam, że mogę być jedyną osobą, z którą może mówić o Jezusie, zawierzeniu, miłości, miłosierdziu i modlitwie.
Kiedy zaproponowałam ten temat, oczy podopiecznego ożywiły się i łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy.
Od tego dnia przez cały rok, oprócz codziennych czynności modliliśmy się do Jezusa, mówiliśmy o Jego miłosierdziu i o zbawieniu. Przyszedł jednak czas końca ziemskiej wę-drówki mojego chorego. Pewnego dnia żona, otwierając mi drzwi, oznajmiła, że nie ma po co już wchodzić do umie-rającego, bo od dwóch dni jest w agonii, bez kontaktu z otoczeniem. Poprosiłam o pozwolenie zobaczenia się z nim. Kiedy weszłam, otworzył oczy. Zapytałam, czy wie, kim jestem? „Siostra Anna” – odpowiedział bez wahania. Pomodliliśmy się ostatni raz. Wychodząc, powiedziałam: „Będę jutro o 8.00 poczekaj na mnie”. Poczekał. Nazajutrz, kiedy żona jak zawsze wyszła z mieszkania, usiadłam przy chorym i powierzyłam jego duszę Bogu. Po kilku minutach spokojnie odszedł do Pana, wydając ostatnie delikatne tchnienie.
Myślę, że Bóg postawił mnie na drodze tego człowieka, aby wyrwać go duchowo z laickiego otoczenia i dać nadzieję zbawienia.
Drugie wspomnienie dotyczy starszej kobiety, niezwykle samotnej, skonfliktowanej z sąsiadami, pracownikami pomocy społecznej, służbą zdrowia, a nawet z rodziną.
Jej samotność niewątpliwie wynikała z trudnego charakteru, z roszczeniowości. Życie, które przeżyła, na pewno nie należało do łatwych. Wojna, rozwód, wychowanie dwóch córek. Kiedy przyszłam pierwszy raz i zaproponowałam różne posługi, powiedziała: „Pani nie jest od roboty, bo to wykonują osoby, którym płacę. Pani będzie dla mnie dla towarzystwa. Przy dużym okrągłym stole czekała już na mnie herbata. Zrozumiałam, że to nie będzie łatwa posługa. Chora była ciekawa świata, nowinek politycznych, wydarzeń w życiu społecznym. Zaburzenia miażdżycowe, które dotykały podopieczną już w poważnym stopniu, powodowały pewne - nierzadko humorystyczne - wypowiedzi, jak np. „Ta, że Putin właśnie umarł” i to oczywiście na raka. Kiedy wchodząc, mówiłam, że zmienia się pogoda, jutro będzie jeszcze zimniej, usłyszałam, że ta sprawa musi zostać przyjęta przez sejm i nie wiadomo, czy zmiana faktycznie nastąpi.
Ogólnie rozmowy z chorą były dosyć trudne. Postanowiłam poprosić ją o pożyczenie jakiejś - najchętniej religijnej - książki z jej dość bogatej biblioteczki, abyśmy miały temat do dyskusji. Wybrała jedną z książek Dobraczyńskiego. Miałyśmy o czym rozmawiać chociaż przez pół godziny. Kiedy w tym dniu wybiła godz. 12.00 zaproponowałam modlitwę Anioł Pański. Chora zapytała: „Za kogo ta modlitwa?” Odpowiedziałam – „Za nas”. Chora machnęła ręką i powiedziała: „Daj Pani spokój”. Zrozumiałam, że moja podopieczna nie chce z innymi się modlić. Zasmuciło mnie to, bo wiedziałam, jak ciężko, bez autentycznego zawierzenia się Bogu, bez wsparcia najbliższych, jest umierać. Było mi jej bardzo żal, a jednocześnie miałam wątpliwość, czy moje wizyty mają jakiś sens. Nie ukrywam, że w pewnym momencie był we mnie opór, że chciałam zrezygnować z odwiedzin. Wtedy to wydarzyło się coś, co pozwoliło mi zupełnie inaczej spojrzeć na nasz kontakt. Wypełniając, jak zwykle, zeszyt odwiedzin /a miałam dylemat co wpisać oprócz rozmów/ spojrzałam na chorą i bezradnie zapytałam: „No i co ja mam tu znowu napisać, kiedy Pani nie pozwala mi w niczym sobie usłużyć?” Pacjentka zdenerwowała się i stanowczo powiedziała: „Dzisiaj ja pani podyktuję, ale proszę to napisać!: „Pani dla mnie jest ważniejsza niż wszystkie te lekarstwa” i wskazała ręką na dwie wielkie półki z lekarstwami. Słowa te poruszyły mnie bardzo i zrozumiałam, że nasze odczucia często odbiegają od odczuć ludzi chorych i bardzo samotnych. Wystarczy tylko być, poświęcić czas, czasem tylko milczeć i słuchać. To wystarczy. Kiedy przyszłam następny raz, zauważyłam ze zdziwieniem, że zniknęły wszystkie lekarstwa, które były w mieszkaniu. Nie pytałam dlaczego.

Anna Węglarz

Dorota

Długo czekałam na ten pierwszy raz. Nie miałam żadnego doświadczenia w pielęgnowaniu chorych, ale bardzo chciałam to doświadczenie zdobywać. Na każdym spotkaniu zespołu liczyłam, że w końcu będę potrzebna. Ten dzień nadszedł niespodziewanie początkiem czerwca 2007 roku.
- Potrzebny jest ktoś na noc, trzeba umożliwić żonie chorego odpoczynek, już dwie noce nie spała - powiedziała pani doktor Ania.
Kwadrans wcześniej odebrałam sms od syna, że dojeżdża do Bielska, świetnie, mogę się zgłosić. Dostałam adres, numer telefonu i kilka wskazówek dotyczących chorego.
Była 20.10, gdy zaparkowałam samochód i z lękiem podeszłam do drzwi, zadzwoniłam, cały czas modląc się w duchu i prosząc Boga o pomoc.
- Dobry wieczór, jestem wolontariuszką Hospicjum św. Kamila, dzwoniłam godzinę temu do pani.
- Bardzo mi miło, Dorota, tak się cieszę, że pani przyszła, zapraszam do pokoju, zrobię kawę.
Nie pamiętam, która z nas była bardziej zdenerwowana. W pokoju na łóżku leżał pan Henryk. Przywitałam się, przedstawiłam, chory patrzył na mnie wielkimi, cierpiącymi oczami. Nie mówił. Co jakiś czas całe jego ciało przechodziły silne dreszcze, trzeba było pilnować, żeby nie spadł z łóżka.
- Jest coraz gorzej, nie mam już prawie sił i tak bardzo się boję, jak to będzie, gdy …. Teraz gdy pani przyszła, czuję się pewniej, pani jest taka doświadczona i wie, co robić.
Zwykle jestem bardzo pewna siebie, tym razem głos uwiązł mi w gardle, właściwie od początku miałam jej powiedzieć, że jestem po raz pierwszy u chorego, ale teraz nie miałam już odwagi. A jak obie wpadniemy w panikę? Nie powiedziałam nic. Pani Dorota zaczęła mi opowiadać o swoim życiu, o mężu, córce, wnuku.  Ja też powiedziałam o sobie i mojej rodzinie.
- Może mówmy sobie po imieniu - zaproponowała Dorota.
- Z przyjemnością, tak będzie swobodniej rozmawiać, ale właściwie, to przyszłam, żebyś mogła odpocząć, więc może połóż się trochę.
Dorota poszła wziąć prysznic, zostałam sama z panem Henrykiem i bardzo się bałam. Zastanawiałam się, o czym on myśli, leżąc tak z otwartymi oczami, wpatrzony w sufit albo może poza sufit. Co jakiś czas poprawiałam go na łóżku, tak silne miał dreszcze.  Nie reagował na słowa. Czy tak wygląda umieranie, nigdy nie widziałam umierającego, zmarłego tylko z daleka. Co mam robić, jak zostanę zupełnie sama? Zaczęłam się modlić, wróciła Dorota. Zrobiła kolejną kawę, dla mnie i dla siebie.
- Nie mogę zasnąć, może później.
- Dorotko, to nie moja sprawa, ale czy był u Henryka ksiądz? – pozwoliłam sobie na to pytanie, bo na ścianie wisiał obrazek ze świętym Maksymilianem Kolbe.
- Nie, nie chodzimy do kościoła, w Boga wierzymy, ale wiesz, z księżmi bywa różnie, ci tu u nas bardzo nam zaleźli za skórę, nie, Henryk nie chciał rozmawiać z księdzem.
Opowiedziała mi historię swojego małżeństwa. Jej mąż był już po rozwodzie, gdy się poznali. Nie mieli ślubu kościelnego, więc problemy były przy wszystkich kontaktach z parafią. Chrzest córki, I Komunia, lekcje religii – zawsze pod górkę, zawsze nerwy, ciągły konflikt i pretensje.
- Może tak było kiedyś, sama mówiłaś, że do końca nie wiedział, że jest tak ciężko chory, a teraz już nam nie powie. Nie podejmuj za niego decyzji, zwłaszcza tak ważnej. Poza tym ksiądz jest tylko pośrednikiem między Bogiem, a nami.  Jeśli nie pogniewaliście się na Boga, to trzeba przełknąć tę żabę i wezwać księdza.
Dorota, początkowo niechętnie, w końcu przyznała:
- Masz rację, zadzwonię zaraz rano do kancelarii i poproszę księdza.
- Nie czekajmy do jutra, zadzwonię po naszego księdza do hospicjum.
O 23.00 przyjechała pani doktor Ania z księdzem Edwardem. Pierwszy raz (znowu pierwszy) byłam świadkiem namaszczenia chorych. Nie pomyślałabym nigdy wcześniej, że to taki piękny sakrament. I wtedy stał się cud, a może tylko mnie się tak zdawało, twarz Henryka jakby się rozjaśniła i całkowicie ustały dreszcze, a ja przestałam się bać.
Minęło kilkanaście minut, Dorota rozmawiała przez telefon z córką, ja usiadłam przy chorym i trzymałam go za rękę, widziałam, jak jego oddech zwalnia, oczy stają się nieobecne…
- Dorotko, przerwij rozmowę, Henryk odchodzi.
Dorota usiadła na łóżku, wzięła rękę męża w swoje ręce i cichutko coś do niego szeptała, ja klęknęłam obok i zaczęłam się modlić.
Pani doktor nie zdążyła dojechać do domu, gdy zadzwoniłam. Wróciła z księdzem, klęknęła obok mnie i modliła się spokojnie. Po czynnościach medycznych wspólnie, we trzy, umyłyśmy i ubrałyśmy zmarłego.
Zostałam z Dorotą do rana. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, właściwie wyłącznie ona mówiła, dużo było wspomnień, najwięcej tych miłych, radosnych, czasem bardzo śmiesznych. Przyznałam się, że to było moje pierwsze doświadczenie, roześmiała się, a potem objęła mnie i uściskała, - Dobrze, że nie powiedziałaś mi tego na początku, byłaś taka opanowana, że nawet mi to nie przyszło do głowy. Czułam się z Tobą całkowicie bezpiecznie, dziękuję.
Tyle rzeczy zrobiłam i przeżyłam po raz pierwszy w życiu tej nocy. Tyle się nauczyłam. Nigdy nie wiemy, jaki scenariusz napisze nam Bóg. Pojechałam, żeby położyć spać Dorotę, zasnął Henryk...

Teresa

Sikorki w moim ogrodzie

W naszej posłudze mamy szczęście spotykać bardzo wielu ciekawych ludzi i wiele od nich dowiedzieć się i nauczyć, na przykład: jak działa zawór kulowy lub jak przygotować szarlotkę. Tu chcę opowiedzieć o parze małżeńskiej, która nauczyła mnie obserwować przyrodę tuż za oknem.
Stanisław i Zofia byli bezdzietnym małżeństwem. Zachowali pogodę ducha i wrażliwość na piękno otaczającej przyrody. Mieszkali na obrzeżach miasta, mieli duży ogród, taki trochę dziki, z zaroślami, w których gnieździły się różne gatunki ptaków. Zimą w zadaszeniu pod balkonem wisiała dość duża taca, która pełniła rolę karmnika, a mieszkańcy mogli z pokoju swobodnie oglądać przylatujące ptaki. Przylatywały różne, ale ulubieńcami państwa N. były sikorki – znali ich rodzaje i zwyczaje. Sikorki przylatywały gromadą pierwszy raz przed południem, a drugi raz po południu. Kiedy przylatywały, oczy obojga małżonków kierowały się w stronę okna – patrzyli i mówili o ptaszkach z taką czułością, jak dziadkowie mówią o swoich wnukach.
Odwiedzałam państwa N. codziennie od grudnia do marca; podłączałam panu Stanisławowi kroplówkę i rozmawialiśmy, a tematów nigdy nie brakowało, ale gdy przylatywały sikorki rozmowa milkła, a my podziwialiśmy ich subtelne piękno. Kiedy odlatywały, wracaliśmy do przerwanej rozmowy. I tak było przez wiele dni. Choć pan Stanisław był coraz słabszy, to na widok sikorek zawsze się ożywiał.
Gdy nadszedł dla niego dzień przejścia, miałam wrażenie, że czekał aż przyjdę, by towarzyszyć mu w tej bardzo trudnej chwili. Leżał na łóżku, był bardzo blady, z trudem oddychał, drżał, pocił się, a przerażone oczy miał utkwione we mnie. Uklękłam, otarłam mu czoło, ujęłam za rękę, pani Zofia uklękła z drugiej strony i półgłosem odmawiałyśmy modli-twę w jego imieniu. Pan Stanisław się uspokoił, oddychał coraz wolniej i płycej, aż westchnął po raz ostatni, a my doprowadziłyśmy modlitwę do końca – do pierwszego w jego intencji „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie...” Potem z szacunkiem ubrałyśmy ciało.
Poczytuję sobie za zaszczyt to, że mogłam takich ludzi w życiu spotkać, pomagać im, chłonąć atmosferę prawdziwego dobra i piękna, jakie z nich emanowało.
W moim ogrodzie pojawiły się budki lęgowe oraz różne karmniki dla ptaków i kiedy korzystają z nich sikorki, wspominam z wdzięcznością pana Stanisława i jego żonę.

Barbara

Anielcia

Panią Anielcię poznałam w szpitalu na praktykach wolontariatu. Był chłodny jesienny poranek, kiedy pierwszy raz weszłam na salę chorych oddziału paliatywnego. Chore leżały zamyślone, wpatrzone w sufit jakby przeczuwały, że za chwilę może się coś wydarzyć – że ich ziemska wędrówka dobiega końca.
Jak błyskawica przypomniało mi się przeżycie z dzieciństwa – cztery lata walki z chorobą nowotworową mojego taty. I tak jak przed 40 laty, tak i teraz poczułam, że jestem bezsilna. Dlaczego? Wtedy byłam dzieckiem, nie rozumiałam dlaczego mój tato musi tak bardzo cierpieć. Teraz jestem kobietą-matką z dużym bagażem ciężkich przeżyć, przygotowaną na spotkanie z cierpiącymi, a jednak się rozpłakałam. Wybiegłam z sali, w toalecie zaciskałam pięści i modliłam się, żeby przestać płakać, żeby móc wrócić do chorych na salę. Wiedziałam, że jeżeli teraz się poddam, to koniec z moim wolontariatem. Spodziewałam się takiej reakcji po sobie, ponieważ jestem bardzo wrażliwa na cierpienie innych. Dzięki Bogu uspokoiłam się i przestałam płakać i wróciłam na salę.
Pani Anielcia po paru dniach wróciła do domu. Została moją podopieczną. Prawie przez rok na zmianę z innymi wolontariuszkami odwiedzałyśmy ją codziennie. Anielcia, bo tak chciała, żebym się do niej zwracała, była z rocznika mojej mamy i tak też ją traktowałam. Bardzo cierpiała.
Jej ciało w ranach. Siedziała na wózku inwalidzkim. Słabo słyszała a pod koniec swojego życia nie widziała. Była bardzo wymagająca i pedantyczna, jak na swój sędziwy wiek. Umiała też dziękować i powtarzać w nieskończoność Bóg zapłać...
Anielcia bardzo cierpiała fizycznie. Cierpiało także zranione jej serce. Brakowało jej miłości i czułości naj-bliższych. Odczuwałam to, kiedy się z nią witałam i żeg-nałam. Wydawało mi się, że moja dłoń chce zatrzymać na zawsze w swoich. Chciała, żeby jak najbliżej przy niej siedzieć i trzymać ją za rękę. Często modliłyśmy się razem na różańcu, który zawsze chciała mieć w zasięgu ręki, czy to na wózku inwalidzkim, czy w łóżku. Kiedy ból jej bardzo dokuczał, prawie krzyczała: „Boże już nie wytrzymam. Zabierz mnie.” Ale wiedziała też, że jej cierpienie jest najlepszą próbą i potwierdzeniem miłości do ukrzyżowa-nego. Swoim cierpieniem chciała odkupić winy najbliższych swojemu sercu. Za chwile zwątpienia, bo też bywały, zaraz przepraszała Boga. Starałam się zrozumieć jej cierpienie i jej ból serca. Ale czasami myślałam sobie, po co mi ten wolontariat, przecież mogę siedzieć sobie wygodnie
w domu. Na szczęście takich zwątpień miałam mało. Dwa miesiące przed śmiercią Anielcia już nie opuszczała łóżka. Starałam się, jak mogłam, żeby jej ulżyć w cierpieniu,
ale ciągle wydawało mi się, że robię za mało. Czasami myślałam, że gdybym mogła wykręcić moje serce, to może więcej jeszcze okazałabym Anielci dobroci.
Odeszła w ciszy i spokoju. Myślę, że ta ostatnia chwila z jej długoletniego cierpienia była dla niej najmilsza. Przy jej łóżku stał syn.
Dziękuję Bogu, że jestem wolontariuszką. Niech w każ-dym chorym potrafię dojrzeć cierpiącego Chrystusa.

Maria Katarzyna

Powołanie

Około 20 lat temu w ramach pracy w Pogotowiu Ratunkowym mieliśmy przewieźć chore dziecko ze szpitala w Wadowicach /niedaleko karmelitów/ do kliniki.
Był wieczór wigilijny. Miałam ze sobą harmonijkę ustną, by w chwilach wolnych grać kolędy. W końcu korytarza szpitalnego stała przybrana choinka. Przykucnęłam opodal i cichutko grałam kolędy. Powolutku z sal szpitalnych zaczęły wyłaniać się główki dziecięce, odważniejsze wychodziły na korytarz. Dziewczynka około 5 lat podeszła do mnie blisko i zapytała: „Czy ty jesteś aniołkiem?” Byłam ubrana w biały fartuch i srebrzysty skafander. Odpowiedziałam: „Nie”. Widzę zawiedzioną minkę. Za chwilę drugie pytanie: „A co nam przyniosłaś?”... Żeby nie rozczarować sobą dzieci, odpowiedziałam, że przyniosłam im Dobrą Nowinę: „Tej nocy narodził się mały Pan Jezus. Dzisiaj obdarza wszystkich ludzi czystego serca darami, każdemu spełnią się marzenia”. Odpowiedziała: „Ja mam czyste serduszko, chcę iść do domu. Chcę być zdrowa.” To samo mówiły inne dzieci. Zapewniłam ich, że te życzenia na pewno się spełnią, ale nie wszystkie na raz.
Ponieważ trzeba było wrócić do obowiązków, pożegnałam się z dziećmi. A dziewczynka uścisnęła mnie i życzyła, bym została aniołkiem... i to życzenie nadal mnie mobilizuje.

Anna Samol

Jedna z pierwszych wizyt

Pacjenta lat około 50 zastałam w jego własnym mieszkaniu, ale ogołoconym ze wszystkich mebli i sprzętu potrzebnego do życia. Leżał na polowym łóżku, a obok taboret  z wodą mineralną. Po rozmowie okazało się, że żona z dziećmi dawno go opuściła, bo pił alkohol. Przepił wszystko co posiadał, pił w towarzystwie kolegów, z którymi kiedyś zdobył złoty medal na olimpiadzie.
Choroba nowotworowa przyszła nagle, jest drugi dzień po powrocie ze szpitala. Trzeba było zacząć od wielu spraw naraz. Wypożyczono mu łóżko hospicyjne, potrzebne sprzęty do pielęgnacji chorego. Nawiązałam kontakt „z kolegami od kieliszka”. Po długiej rozmowie zmobilizowali się do pielęgnacji chorego, ułożyli sobie grafik dyżurów, przynosili posiłki, wzorowo dbali o chorego.
Moim trudnym zadaniem była zmiana pampersów – opatrunków, tam zlokalizowana była choroba nowotwo-rowa. Mimo że wykonywałam to niezwykle delikatnie, wymagało to wcześniejszej premedykacji. Kiedyś zapytał, ile mi za to płacą, bo on by tej śmierdzącej roboty nie robił za żadne pieniądze. Zdziwiła go moja odpowiedź, że jestem wolontariuszką. Pytał dla jakiej idei tak się poświęcam. Prosił, bym opowiedziała mu o swoim Bogu, jakim On jest. Prosił o księdza, został ochrzczony. Wróciła do niego żona i dzieci. Powiedziała, że bardzo dziękuje mi za to, że był na dnie (wtedy chciał popełnić samobójstwo), a teraz wyszedł na ludzi, mógł naprawić zło, przeprosić żonę, dzieci, sąsiadów. Postawa chorego stała się bodźcem dla kolegów do wyjścia z alkoholizmu.
Umierał szczęśliwy, przygotowany.

Anna Samol

Złote gody

Wzruszające były wizyty u pacjenta, który miał w niedłu-gim czasie obchodzić wraz z małżonką „Złote gody”. Choroba schodziła na drugi plan. Najważniejsze były przygotowania do tej uroczystości. Pacjent już nie chodził, więc zaproponowałam, że mszę św. Jubilatom można odprawić w domu. Pacjent oburzył się: „Jakem 50 lat temu doprowadził małżonkę do ołtarza, to i teraz to uczynię”.
Liczna kochająca się rodzina stawiła się w komplecie. Uroczyście wjechał na wózku Złoty Jubilat prowadząc za rękę swą małżonkę. Słychać było obecność wnuków i prawnuków, brali czynny udział w Eucharystii /służba liturgiczna, śpiewy, czytania, modlitwa wiernych/. Byłam obecna w kościele z torbą medykamentów /nie były potrzebne/. Miałam i ja dla nich życzenia i podarunek – upleciony zielony wieniec z nagietkami i stroik dla dostojnych Jubilatów. Gdy ich przystroiłam, zdjęciom nie było końca.
W tydzień później pacjent nagle odszedł. Niedawno odwiedziłam małżonkę, na ścianie wisi portret pięknie przystrojonej „Złotej Pary”.

Anna Samol

Lęk u chorych

Chory terminalnie miał silny lęk przed śmiercią. Nie po-magały leki psychotropowe. Pocił się, przyspieszony oddech i tętno, nawet miewał wrażenie duszności, bezsenność. Pewnego dnia przyjechał ksiądz z rodziny i przywiózł relikwie św. Ojca Pio, modlili się cały dzień. Następnego dnia, gdy przyjechałam, pacjent był zupełnie inny. Znikł lęk, na ustach pojawił się zagadkowy uśmiech. Oznajmił mi, że już nie boi się śmierci, bo już „tam był”. Miała 95 lat, wiek i choroba nowotworowa zrobiła spustoszenie w jej organizmie. Miała piękne duże oczy, była kiedyś piękną kobietą, co mogłam zobaczyć, przeglądając albumy. Przy tym poznałam chyba całą historię jej życia. Miałam relacje z okresu młodości /jak wyglądały randki 70-80 lat temu/, jak to kiedyś się żyło. Nie chciała wypuścić mnie z domu, więc wizyty trwały czasem 3-4 godziny. Twierdziła, że kiedy jestem z nią, to czuje się zdrowa, bezpieczna, niczego się nie boi.

Anna Samol

Wynoś się

Był wietrzny i deszczowy dzień, gdy szłam na nowe zgłoszenie. Wiatr wyginał parasol na wszystkie strony. Kiedy stanęłam w drzwiach domu chorego, byłam totalnie zmoczona. Pacjent przywitał mnie: „Wynoś się!!!”. Cofnęłam się dwa kroki, przeprosiłam, że przyszłam i dodałam, że gdyby się rozmyślił to przyjdę znów i zostawiłam numer telefonu. Gdy wróciłam do swego domu, napiłam się ciepłej herbaty, odebrałam telefon, w którym pacjent serdecznie mnie przepraszał i zapraszał. Udałam się więc ponownie, idąc przez wiatr i deszcz. Tym razem było ciepłe powitanie. Okazało się, że wcześniej trafiłam na sprzeczkę rodzinną i oberwało mi się. Niezgoda w rodzinie była tam problemem numer jeden, trwała od wielu lat. Rozmawiałam z każdym członkiem rodziny osobno i doszłam do sedna sprawy. Udało się doprowadzić do zgody w rodzinie. Było to przed Bożym Narodzeniem. Cała rodzina w komplecie od niepamiętnych czasów zasiadła zgodnie do wieczerzy wigilijnej i spożyła ją wraz z chorym. Po północy pacjent zmarł.

Anna Samol

Smutne

Byli małżeństwem z dzieckiem. Mąż wplątał się w sektę, zostawił żonę i dziecko, zabrał część majątku i wyjechał wraz z sektą do Ameryki. Wrócił, gdy córka zdawała maturę, żona już nie żyła. Sekta dała mu bilet do Polski, gdy stwierdzono rozsiew choroby nowotworowej. Był bardzo smutny, nie miał ubezpieczenia, sił i środków do życia. Był w rozpaczy, zrozumiał, że przegrał życie, że co się stało, to się nie odstanie. Próbowałam go pocieszyć, pytałam czy chce pojednania z Bogiem. Odmawiał z uporem.
Miał dobrą, kochającą żonę, zdolne dziecko. Spodobała się mu seksowna kochanka i dla niej porzucił tych, którzy go kochali. Mijały lata. Córka wykształciła się, żona dorobiła się domu, warsztatu pracy. Pewnego dnia wrócił chory nowotworowo w stanie terminalnym. Żona przywitała serdecznie, udostępniła pokój osobny, opiekowała się nim troskliwie. Pacjent był nadal smutny. Gdy pytałam o powód smutku, odpowiedział, że wolałby, by żona go okrzyczała, a nawet by mu złoiła skórę, bo na to zasłużył. A teraz on nie może znieść jej dobroci, ma wyrzuty sumienia.

Anna Samol

Zabawne historie

Kiedyś chory hospicyjny zapytał mnie w tajemnicy przed żoną, czy widzę kogoś siedzącego na krześle pod domem. Odpowiedziałam, że nikogo nie widzę. Jemu się też zdawało, że nikt z domowników nie widzi tego „obecnego”. Pyta się, czy to normalne? Nie zażywa leków narkotycznych, a widzi młodzieńca w czarnym garniturze, białej koszuli, patrzącego stale na niego. Zaproponowałam mu, że usiądę na „tym” krześle. Na to on: „Pani doktor... to nieprzyzwoite siadać Aniołowi na kolanach!”
Pewien syn pacjentki hospicyjnej przyjechał po mnie na wizytę. Gdy jechałam z nim, włos mi się jeżył, modliłam się, by cało dojechać. Pytałam, od kiedy ma prawo jazdy, a on na to, że od wczoraj. Przyznał, że egzaminator radził mu, by na pierwszą jazdę zabrał lekarza lub teściową.

Anna Samol

Zgoda na śmierć matki

Umierała matka mająca pięcioro dzieci. Bardzo cierpiała, mimo otrzymywanych leków. Rozpiętość wieku dzieci była ogromna od 18 do 6 lat. Agonia trwała prawie 3 doby, dzieci popłakiwały, tuliłam je, pocieszałam. W pewnym momencie najmłodsza stanęła przede mną z pytaniem: „Dlaczego Pan Jezus nie chce naszej mamusi w niebie?”.... Odpowiedziałam, że to mamusi trudno odejść do nieba, bo słyszy jak popłakują. Na to mała rzekła stanowczo: „Słuchajcie, nie płaczemy!” I faktycznie nastała cisza i matka spokojnie zmarła.

Anna Samol

Czy możesz być moją mamą?

Kiedyś byłam na pogrzebie młodej mamy zmarłej na raka. Czteroletni syn zmarłej podszedł do mnie: „Czy ty możesz być moją mamą?”... Odpowiedziałam: „Mamą nie, ale mogę być babcią”. Na to on: „Babcię to ja mam”.

Anna Samol

Z różańcem w ręku

Szare marcowe popołudnie. Późnym wieczorem docie-ramy wreszcie do 62-letniego Mieczysława – to nasze pierwsze odwiedziny u niego.
Otwiera nam żona ze łzami w oczach i różańcem w ręku. „Tak się modliłam, żebyście jakoś dotarli jeszcze dzisiaj – właśnie kończę różaniec w tej intencji!” Uśmiechamy się do niej: „Nie dało się wcześniej, byliśmy już u kilku chorych. Widocznie Pan Bóg czekał, aż Pani skończy ten różaniec”. Chwila powitania i nagle… ten strach w jej oczach.
Jest problem. Nie mówiła mężowi, że z lekarzem przyjedzie też kapłan. Co ma teraz powiedzieć? Domyśli się, że jest z nim źle! Uspokajamy ją i wchodzimy do pokoju chorego. Najpierw przedstawiam się, potem przedstawiam też kapelana hospicyjnego.
I tu niespodzianka. W oczach Mieczysława błysk radości i … ulga. Z uśmiechem mówi – „Tak się cieszę. Już od kilku dni rozmyślam, jak żonę poprosić o kapłana i sakramenty. Nie chciałem jej sprawiać bólu i cierpienia mówiąc, że czuję zbliżającą się śmierć i potrzebuję wsparcia przed jej nadejściem. Wiem, jak jej jest teraz ciężko, kiedy ja odchodzę. Jestem szczęśliwy, że jesteście razem i że od razu mogę skorzystać z sakramentów”.
Po załatwieniu spraw medycznych i udzieleniu Mieczysławowi sakramentów modlimy się wspólnie i dość długo rozmawiamy żałując, że oboje zwlekali z taką rozmową chcąc ukryć swoje emocje i chronić siebie nawzajem przed bolesną prawdą. Umawiamy się na następne spotkanie, ale Pan Bóg wyznaczył nam inny termin. Mieczysław zmarł dwa dni później po nagłym pogorszeniu stanu wśród objawów zatoru tętnicy płucnej.

Anna Byrczek

Nasze hospicjum

Stowarzyszenie
"Hospicjum św. Kamila
w Bielsku-Białej"

ul. NMP Królowej Polski 15
43-300 Bielsko-Biała
tel. 33/ 811 03 67
e-mail: zarzadkamilbb@vp.pl

NIP 547-210-59-44
REGON 241158869

Konto bankowe
ING Bank Śląski
nr 15 1050 1070 1000 0023 4115 9347

wpis do Księgi rejestrowej
podmiotów wykonujących

działalność leczniczą
pod nr 000000025415

Polecamy