Wspomnienia o chorych do 2002 r.

Dla Hospicjum Świętego Kamila - Bóg Zapłać!

Trudno jest powracać myślami do tych trudnych chwil, które poprzez odmienność ówczesnego życia naszej rodziny wymykają się pamięci, pozostawiając w niej tylko zdarzenia znaczące bądź obrazy zapamiętane w krótkich chwilach refleksji spłaszczonej codziennością.

Ta codzienność to opieka nad Markiem. Przez 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu: albo żona albo ja byliśmy przy nim. Noc w czuwaniu dzieliliśmy: do trzeciej - żona, później - ja. I cały czas walka o to, aby ten dom w miarę normalnie funkcjonował, a Marek miał to, co było mu potrzebne i na co miał ochotę. Trwało to z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Duchową opoką tego wysiłku była miłość, dlatego fizyczna odporność organizmów przerosła nasze wyobrażenia o własnych możliwościach.

Choroba Marka postępowała, coraz trudniej było powstrzymać ból. Środki narkotyczne tylko go łagodziły. Każda kolejna formuła podawania leków - wydawało się, że skuteczna - spalała na panewce. Rodziło się zdenerwowanie, różnice zdań, w końcu bezsilność. Sytuacja wymagała ciepła, dobroci, uśmiechu.

Aż dziw bierze, że uniknęliśmy zakłamania. To niewątpliwie zasługa modlitwy,rozważań nad Pismem Świętym. Marek z odwiedzającym go kolegą wspólnie czytali i rozważali Listy Świętego Pawła. Ja z kolei czytałem Stary Testament. Dyskutowaliśmy.

Marek nie chodził i nie leżał. Cały czas spędzał w pozycji siedzącej. Mimo stałej dbałości ubywało mięśni. Na pośladkach zaczęły się tworzyć odleżyny. Brak ruchu powodował obrzęk wodny nóg poniżej kolan. Wielokrotnie w ciągu dnia wykonywaliśmy długotrwałe masaże nóg, chociaż skutek był mizerny. Ale zdawaliśmy sobie sprawę, że Markowi przynosi to ulgę. Pomału wyczerpywały się jednak nasze nadzieje, że podołamy tej opiece.

Zdecydowaliśmy się zwrócić o pomoc do Hospicjum Świętego Kamila.

Pamiętam ten deszczowy wieczór, gdy zadzwoniłem do ks. Andrzeja Drogosia. Umknęły mi szczegóły tej rozmowy, ale zapamiętałem, że był serdeczny i skupiony. Obiecał przyjść wieczorem. Przyszedł, wyspowiadał Marka, a on przyjął Komunię Świętą. Przyszła pani doktor Anna Byrczek, zapoznała się z leczeniem i wniosła w ten nasz umęczony dom to, co wnosi wszędzie tam, gdzie się pojawi: ciche i dostojne, radosne i wszechogarniające ciepło. Już do śmierci Marka, odwiedzali go codziennie. W księdzu Andrzeju, oprócz kapłana przynoszącego mu Jezusa, Marek znalazł serdecznego przyjaciela, a pani Doktor, której wizyty codziennie oczekiwał ze spokojną ufnością, stała się najwyższym autorytetem.

Przychodziły też pielęgniarki z Hospicjum, masowały mu nogi, robiły zastrzyki, ale on cieszył się przede wszystkim ich obecnością. Byli z Markiem do końca, złagodzili nasze rozterki, bezsilność zamienili w nadzieję, rozpalili miłość.

Tym szlachetnym wolontariuszom Hospicjum Świętego Kamila - BÓG ZAPŁAĆ!

Maria i Aleksander Świątkiewiczowie

Przejdę na drugą stronę z odwagą Twojej obietnicy,
Trzymając w ręku okruchy dawnego życia.
Popatrzę w twarz zalaną łzami, tak bliską i dobrą,
Pełną minionych wzruszeń.

Teraz jest spokój spełnienia, radość zrozumienia,
Teraz jest Wszystko - szkoda, że tego nie czujesz.
Niewidocznie, bez dotyku muskam Twoją twarz;
Jesteś i będziesz - szkoda, że tego nie wiesz;

Nikt nie zostaje sam.

Grzesiu miał tylko 15 lat, kiedy zdiagnozowano przewlekłą białaczkę szpikową. Niedowierzanie, bunt, a potem rozpacz i moje „spotkanie” z Panem Bogiem.

W zanadrzu miałam wiele wyrzutów i odważnych pytań. Żadnego nie pozostawił bez odpowiedzi. Zrozumiałam, że jeśli ufam Panu Jezusowi to nie ma miejsca na lęk, w przeciwnym razie cóż warte moje zaufanie. Otrzymaliśmy radość, pokój, czas i zrozumienie pomimo bólu, cierpienia i śmierci. Moim ziemskim przewodnikiem był mój syn.

Dziękuję Ewa

Był początek marca 2000 roku. Wstałam bardzo wcześnie. Kiedy szłam do pracy nic nie wskazywało, że może nastąpić nowy etap naszego ustabilizowanego dalszego życia. Około godziny 11.00 do mojego miejsca pracy przyszedł mąż, trzymając coś dużego w ręce. Twarz Jego wyblakła, oczy pełne strachu, a w ręce zdjęcie rtg płuc. Jadę do szpitala w Bystrej, zamarłam, nie powiedział, co się dzieje i poszedł. Wrócił do domu około godziny 16.00, nie odpowiadając na moje pytania, usiadł w pokoju i myślał. Nie nalegałam, niech ochłonie, sam mi powie. Tak też się stało, gdy zaczęłam głaskać Jego głowę, powiedział, że nazajutrz rano ma się zgłosić na odział, chyba ma to samo co Marian (brat męża zmarł na raka w 1992 r.), nie dopuszczałam ani przez moment takich myśli. Niestety, diagnoza - nowotwór lewego płuca. Naświetlanie - powrót do domu 3 czerwca. Przez prawie dwa miesiące dochodził do równowagi fizycznej i psychicznej. Wyszedł na prostą. Było dobrze do końca roku.

Początek stycznia 2001, ból krzyża tłumaczył sobie mąż tym, że źle spał, to zmiana pogody, to coś podniósł, ale dla mnie to był wewnętrzny niepokój. Wiedziałam, że źle zaczyna się dziać. Na moją prośbę poszedł do lekarza, ale nie powiedział, że boli go kręgosłup. Początek lutego dał się we znaki aż tak dotkliwie, że mąż trafił do neurologa. Niestety, tabletki, które co tydzień były zmienione oraz maści nie przynosiły ulgi, wręcz odwrotnie, było coraz gorzej.

Jest noc z soboty na niedzielę, wzywam karetkę pogotowia, lekarz zapoznany z chorobą aplikuje zastrzyki. W poniedziałek zawożę męża do szpitala kolejowego w Wilkowicach. Trafia na oddział wewnętrzny. Po przebytych badaniach – diagnoza, przerzut na część lędźwiową kręgosłupa. Lęk, strach, niepewność, łzy. Po zaakceptowaniu wiadomości i po przemyśleniach żadne słowa przekazywane do męża nie trafiały, zamknął się w sobie. Błagając Pana Boga, wzywając Jego pomocy, czekałam cierpliwie i wierzyłam, że mi pomoże (doświadczyłam Boskiej pomocy wielokrotnie). Tak też się stało. Kiedy przyszłam do męża któregoś dnia, powiedział mi, że mają na sali księdza z hospicjum. Z Jego Twarzy odczytałam ulgę, odprężenię, natomiast moja myśl to „dzięki Boże”. Po rozmowie z mężem też odczułam ulgę, była to tylko rozmowa o księdzu i o hospicjum, pierwsze zetknięcie z osobą tam działającą. Dzięki temu spotkaniu mąż był odprężony, spokojny, a po odbyciu spowiedzi generalnej i po przyjęciu Sakramentu Namaszczenia Chorych, westchnął głęboko. Po powrocie do domu 26 marca powiedział: „Daj mi Boże dożyć do 13 maja, a potem rób, co chcesz”. Był po 10-ciu naświetlaniach kobaltem. W szpitalu widział, że na tymże oddziale w głębi korytarza jest kilka sal hospicyjnych, rozmawiał z panią dr Anną. Bardzo dużo mówił w domu, o księdzu Edwardzie i o pani Ani. Rozmowa o nich sprawiała mu radość. Był pełen podziwu i szacunku dla Nich.

Po kilku dniach pobytu w domu zaczął gorączkować i tak zaczęła się nasza współpraca z panią dr Anią. Nieważne czy to dzień, noc, bardzo wczesny ranek, święta, była zawsze uśmiechnięta, serdeczna, nie patrzyła na zegarek, tego nie da się wyrazić słowami, co się odczuwa patrząc na cierpiącego i na „Anioła”, który stoi lub klęczy przy łóżku.

Jest 13 maja 2001, dzień I Komunii św. naszej wnuczki. Godzina 10.00, klękam przy łóżku, na którym w pozycji siedząco-leżącej jest mąż. Nie potrafię się modlić, myślę o wnuczce, która jest w kościele i o własnej córce. Nikt tego nie przewidział. Łzy napływają do oczu, żal serce ściska, czuję delikatne głaskanie po głowie, podnoszę głowę, widzę ściekające łzy po policzkach męża, podniosłam się i otarłam łzy, mąż przytulił się mocno i w takiej ciszy od godziny 10.00 trwaliśmy do przyjścia wnuczki. W taki sposób przeżyliśmy Mszę św. podczas pierwszego przyjęcia Pana Jezusa przez naszą wnuczkę. Godzina 21.00 mąż kaszle, zaczyna się dławić, odpluwa duże ilości flegmy z krwią. Syn dzwoni po pogotowie, około dwudziestej drugiej jedzie do szpitala kolejowego.

Stan męża pogarszał się, czuł się słabo, brakowało Mu powietrza, był opuchnięty. Pani Ania była wtedy w Bydgoszczy, byłam z Nią w kontakcie telefonicznym. Powiedziałam, co się dzieje i doradziła mi, co mam robić.

Mąż ponownie trafia na oddział wewnętrzny. Trwa ustawianie leków przeciwbólowych, opanowano krwioplucie, zmiany w oskrzelach. Codziennie jedno pytanie: „Kiedy wraca pani doktor Ania?”. 22 maja dowiaduję się, że pani doktor Ania ma dyżur. Przekazuję, że jest już, widzę lekki uśmiech na twarzy męża. Pani doktor zbadała, porozmawiała i było lżej. Jest już wieczór, pora mi wracać do domu. Tłumaczę mężowi, że mogę jutro się spóźnić, bo mam wizytę u mojej lekarki. Przekazałam to również obok leżącemu pacjentowi, który był sprawny. Żegnaliśmy się, ale było to inne pożegnanie. Nie mogłam wyjść, dawał mi znaki, żebym wróciła i chyba ze trzy razy wracałam.

23 maja, wczesny ranek, wszystko mi się pięknie układa. Godzina 9.00. Jadę autobusem, patrzę w okno i w niebo, w myślach jestem z mężem, proszę o litość i pomoc dla męża Matkę Bolesną, św. Józefa i św. Judę Tadeusza. Jestem spokojna, jestem z mężem. Godzina 11.30 jestem na oddziale. Na korytarzu widzę siedzących dwóch pacjentów z sali męża. Już wiem. Weszłam do pokoju pielęgniarek i tylko zapytałam, o której godzinie. 9.20 - padła odpowiedź - byłam z mężem. Pan Bóg tak pokierował, że nie dane mi było fizycznie być przy odejściu męża, może dlatego, że przeżyłam śmierć brata męża, który ciężko miał przekroczyć bramę, która jest między tym a tamtym światem.

W tej tak tylko krótkiej relacji z przeżyć podczas ciężkiej choroby bardzo bliskiej i kochanej osoby, pragnę jeszcze gorąco podziękować: pani doktor Ani, ks. Edwardowi, jak również wspaniałemu, miłosiernemu zespołowi medycznemu oddziału wewnętrznego Szpitala Kolejowego w Wilkowicach. W tymże szpitalu, a szczególnie na tym oddziale doświadczyłam, zobaczyłam i przekonałam się, że mamy wspaniałych ludzi, którzy z miłością, oddaniem i współczuciem są oddani bliźniemu, zwłaszcza cierpiącemu.

Modlę się do Boga, ażeby uświęcił ich trudy, otaczał miłością i błogosławieństwem.

Szczęść Boże - Józefa

Po radości z narodzin wnuczusia każdą chwilę, kiedy tylko byłam wolna, poświęcałam tej małej istotce. Zawsze byłam do dyspozycji, ukochany wnuczuś wspaniale się rozwijał, rósł i po trzech latach poszedł do przedszkola. Zostały mi tylko domowe obowiązki, zdrowie mi dopisywało i chciałam robić coś pożytecznego, ale nie wiedziałam, co i jak.

Od znajomej pani dowiedziałam się o wolontaracie w Hospicjum św. Kamila i pomyślałam, że to byłoby to, co jest mi potrzebne, aby dzielić się sobą z ludźmi potrzebującymi pomocy. Po namyśle zgłosiłam się do pani doktor Anny Byrczek, która podała mi datę i miejsce spotkań. Wkrótce odbywały się dni skupienia dla Hospicjum św. Kamila u sióstr w Lipniku. Poznałam bliżej koleżanki niemedyczne, pielęgniarki, lekarzy oraz księży. Atmosfera w czasie konferencji, modlitw i sympatia, z jaką zostałam przyjęta, utwierdziły mnie w przekonaniu, że chcę być wolontariuszką w Hospicjum św. Kamila. Uczestniczyłam w wielu szkoleniach, gdzie zdobywałam potrzebną wolontariuszowi wiedzę. Ważne były dla mnie rekolekcje, dni skupienia organizowane przez inne hospicja, oraz przede wszystkim nasze comiesięczne msze św. i spotkania. Poznawałam ludzi i obowiązki wolontariusza.

Nadszedł wieczór, w którym wraz z koleżanką Urszulą poszłyśmy na czuwanie do pana Oswalda. Nie miał żadnej rodziny. Był to mój chrzest wolontaryjny. Myślę, że byłyśmy bardzo dzielne i radziłyśmy sobie dobrze w tym nocnym czuwaniu. Następną noc byłam sama, ale w oczach chorego widziałam radość, że nie jest sam, porozmawialiśmy nawet o wycieczkach, o naszych pięknych Beskidach. Pan Oswald był bardzo kontaktowy i cierpliwy, mimo że powoli odchodził z tego świata. Polubiłam go, robiłam okłady, wycierałam spoconą twarz, poiłam, podawałam leki. Przez kilka następnych nocy chodziłyśmy do pana Oswalda we dwie osoby, aż nadszedł wieczór, kiedy w spokoju odszedł do innego świata. Zawsze mile go wspominam i często w modlitwie pamiętam o Nim. Później były i dyżury i opieka nad innymi chorymi.

Wspominam często panią Marię, która bardzo lubiła, kiedy trzymałam jej rękę w swojej. Czasem ta jej ręka uciskała delikatnie moją i był to dla mnie znak, że jestem jej potrzebna. Wytworzyła się między nami więź, o której nikt oprócz nas nie wiedział.

Cieszy mnie to, że mogłam zawieźć naszą Jadzię do kaplicy szpitalnej, aby mogła uczestniczyć we Mszy św. Dla Jadzi było to bardzo ważne i widziałam w jej oczach radość, kiedy wracałyśmy na salę.

Przypadków było dużo. Wiem, że byłam tym ludziom potrzebna, czasem tylko przez swoją obecność. Czuje się dobrze w naszej gromadce hospicyjnej i jeżeli ktoś chory mojej pomocy potrzebuje, idę.

Wolontariuszka Regina

„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...”
Ks. Jan Twardowski

Choroba mojego męża Karola zaczęła się banalnie w styczniu 1992 roku - bólem kolana. Wizyty lekarskie, leczenie, rehabilitacja - ale bez efektu - ból nie ustępował. Po konsultacji z neurologiem, mąż został przyjęty na oddział neurologii Szpitala nr 4 w Bielsku-Białej, gdzie po trzech dniach pobytu doktor ordynator stwierdził: „Pacjent do wypisu, może dochodzić do szpitala na akupunkturę (o dwóch kulach)”.

Męża wypisano w piątek, ale już w poniedziałek wraz z synem interweniowałam, by został przyjęty na oddział neurologii Szpitala Kolejowego w Wilkowicach. Tam zaraz po przyjęciu wykonano tomograf komputerowy, w wyniku którego stwierdzono brak dwóch kręgów i uszkodzenie trzeciego. Ordynator oddziału nie dawał wiary, że może być „to najgorsze”. Uspokajał mnie i syna.

Skierowano męża do szpitala w Piekarach Śląskich, gdzie 3 grudnia 1992 roku był operowany. Zabieg zakończył się fatalnie - silnym krwotokiem. Pobrano tylko wycinek tkanki, którego badanie potwierdziło to, czego obawialiśmy się - choroba nowotworowa.

Mąż wrócił do szpitala w Wilkowicach, gdzie był nadal leczony i rehabilitowany. Bał się wypisu, bo ciągle wierzył, że tam dobrzy ludzie pomogą mu, a ja - mimo iż jestem pielęgniarką - w domu nie dam sobie rady z Nim i Jego chorobą.

A znałam już wówczas doktor Anię, szefową bielskiego Hospicjum św. Kamila, z którą wcześniej pracowałam w wilkowickim szpitalu. Po dłuższych namowach i rozmowach z panią doktor, mąż zgodził się na „przepustkę” do domu. Tutaj czekał na niego przygotowany pokój, łóżko ortopedyczne i wszystkie niezbędne choremu sprzęty.

Na pierwszą wizytę - tak jak obiecałam mężowi - przyszła doktor Ania wraz z ks. Andrzejem Drogosiem. To bardzo pozytywnie wpłynęło na męża. Cieszył się z powrotu do domu.

Było trudno, bardzo trudno. Czuwałam dzień i noc przy Jego łóżku, trzymając go za rękę. To uspokajało Jego lęki. Cierpiał mimo podawanej morfiny, zaleconej przez panią doktor z Poradni Leczenia Bólu. Dawki zwiększałam w porozumieniu z lekarzem, ale ból nie ustępował. Cierpieliśmy i my. Byliśmy tak bezsilni...

W tych chwilach doznawaliśmy wspaniałej pomocy - na każdy telefon była u nas dr Kasia, pełna poświęcenia. Mimo wielu obowiązków, nigdy nie zawiodła. Zawsze mogliśmy na nią liczyć.

Promykiem słońca była dla nas także mgr Krysia - rehabilitantka. Masowała, ćwiczyła, rozmawiała, a nawet umawiała się z mężem na górskie wędrówki: „jeśli nie tutaj na ziemi, to tam - w górze...”. Mąż kochał góry, urodzony w Kleczy Dolnej, miał zamiłowanie do wędrówek po nich. Często zabierał tam z sobą małego wnuka Łukaszka. W chorobie, przykuty do łóżka, wózka inwalidzkiego, bardzo tęsknił za tymi wyprawami...

Nie sposób nie wspomnieć także o naszej kochanej, ofiarnej Koleżance, pielęgniarce hospicyjnej Marysi. W wyniku zażywania morfiny, mąż cierpiał na zaparcia. Przychodziła codziennie wieczorem, by wykonać wlew doodbytniczy - zabieg bardzo trudny, tak dla pacjenta, jak i pielęgniarki.

Doznawaliśmy wiele serca od dobrych ludzi z Hospicjum, jak i spoza - pomagali nam sąsiedzi, koleżanki - w miarę swego czasu i możliwości.

Ksiądz Andrzej często odwiedzał nasz dom, będąc w nim bardzo mile widziany. Przyszedł nawet na naszą 33 rocznicę ślubu - a było to na sześć dni przed śmiercią męża.

Ogromną radość sprawiały nam odwiedziny Syna, Synowej, wnuków - Łukaszka i Kamilka, z których - kiedy przychodzili - mąż nie spuszczał oka. Kochał ich całym sercem i chciał jak najdłużej nacieszyć się ich widokiem.

Nadszedł pamiętny dzień 15 lipca. Zaraz z rana, tknięta przeczuciem, że będzie w tym dniu potrzebna, przyszła Jadzia Kornak, nieżyjąca już dziś serdeczna koleżanka - pielęgniarka hospicyjna. Mąż cały dzień przespał. Około godziny 17.00 przebudził się. Nakarmiłyśmy Go i wtedy zaczęło się najgorsze - obrzęk płuc. Potwornie się dusił błagając: Reniu ratuj!?...

Do dzisiaj jest dla mnie zagadką, skąd znaleźli się przy łóżku: ks. Andrzej, Syn, Znajoma... Wszyscy byli w tym czasie pomocni. Pogotowie, szybki transport do Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy w Bystrej Śląskiej, gdzie już czekało (po telefonicznym uzgodnieniu) łóżko na oddziale doktor Elżbiety, naszej kochanej Przyjaciółki. Mąż był pracownikiem tego szpitala. Kochał swoją pracę, współpracowników, pacjentów i wierzył, że tam jest Jego miejsce. Czuł się tu potrzebny i doceniany. W chorobie wrócił do swoich...

Czuwaliśmy z Synem przy łóżku dzień i noc. Do ostatniej chwili życia, tzn. do 18 lipca 1993 roku, godziny 9.00 - wtedy to odszedł od nas w wieku 59 lat...

Teraz, gdy wracam w myślach do tych przeżyć, dziękuję Panu Bogu, że właśnie tutaj, w Bielsku-Białej są tak wspaniali ludzie w Hospicjum św. Kamila, którzy ofiarnie, bezinteresownie pomagają tym, którzy tej pomocy potrzebują. Ciągle czuję się ich dłużnikiem. I nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam ten dług spłacić...

Przed pięcioma laty doktor Ania zaproponowała mi, bym włączyła się w służbę Hospicjum. To był czas, kiedy już byłam gotowa do takiej pomocy ludziom. Chyba tylko tak mogę próbować spłacać ten dług...

Teresa Korczak-Kocoń

Dzięki Hospicjum wydostałam się z dna rozpaczy i beznadziei, a świadomość, że tym, którzy mnie otaczają, ofiarowuję co dnia trochę mojego optymizmu, daje mi tak wiele zadowolenia, że jestem szczęśliwa, iż dane mi było od Boga przeżyć te dwa i pół roku.

Zdarza się, że pani dr Ania – mimo zmęczenia wieloma chorymi – w razie mojego złego samopoczucia odwiedza mnie nawet po godz. 22.00. Staram się nie nadużywać jej opieki… Myślę, że rewanżuję się jej oraz wszystkim z Hospicjum – którzy wykonują tę ciężką, a tak owocną pracę i pochylają się nad udręczonymi ludźmi tak, jak pochylałby się nad nami Jezus – w jedyny dostępny sposób: modlitwą o ich zdrowie…

Zofia podopieczna Hospicjum

Nasze hospicjum

Stowarzyszenie
"Hospicjum św. Kamila
w Bielsku-Białej"

ul. NMP Królowej Polski 15
43-300 Bielsko-Biała
tel. 33/ 811 03 67
e-mail: zarzadkamilbb@vp.pl

NIP 547-210-59-44
REGON 241158869

Konto bankowe
ING Bank Śląski
nr 15 1050 1070 1000 0023 4115 9347

wpis do Księgi rejestrowej
podmiotów wykonujących

działalność leczniczą
pod nr 000000025415

Polecamy