Świadectwa o Hospicjum do 2002 r.

***

1.

„Często chodząc nocą po korytarzu myślę o twarzach. Jak wydobyć z siebie ich obraz. Drzemią głęboko. Są w nas...” (Jacek Baczak, Zapiski z nocnych dyżurów)

Tak niewiele z tamtych dni u mnie zostało – parę zdjęć, jakieś notatki (próba zatrzymania czasu? – nie wiem...). Właściwie tyle. Tak, jeszcze mały notesik. W kratkę. A w nim zapisane według porządku: imię, nazwisko, ilość lat, adres, może jeszcze telefon. To już naprawdę wszystko. Niewiele tego – tylko tyle. Aż tyle.

Powoli czytam. Imię po imieniu, nazwisko po nazwisku. Z mroków pamięci wyłaniają się osoby – ich najbliżsi, mieszkanie, jakieś drobiazgi (te się pamięta bardzo dobrze), ich życie. Imię po imieniu... Ich twarze. Wiele twarzy. Twarze pamiętam najlepiej. Dzisiaj te twarze żyją tylko w naszej pamięci.

Hospicjum? Twarze osób, które umarły.

2.

„Wodziła ręką po kołdrze. Sprawdzałem, czy dobrze leży, czy ma herbatę, poduszkę tak jak lubi. Wszystko było w porządku. Usiadłem na łóżku, wziąłem jej dłoń w swoje ręce. Leżała bez ruchu spokojniejsza, z półprzymkniętymi powiekami. Po kilku minutach odchodziłem, a gdy wołała – przychodziłem i siadałem znowu. Rano zrozumiałem, że to był strach. Nie chciała być sama. Nie chciała zgasnąć tak po cichu, niedostrzegalnie...” (Jacek Baczak, Zapiski...)

Zrozumiałem – to był strach. Gasło światło. Bezkresny świat kurczył się do rozmiarów mieszkania, pokoju, łóżka. Do bezbronnego podpełzały pytania. Cicho i bezszelestnie, podstępnie – jak wąż. Pytania bez odpowiedzi. Pytania, z którymi uporać się musiała bezsilna samotność choroby i umierania. Jak się nie bać w obliczu takich pytań... Jak się nie bać, gdy się nie wie co będzie, kiedy bezpowrotnie skończy się to, co jest...

Jak oswoić ten lęk?

Chyba tylko tak: wziąć dłoń w swoje ręce. Ogrzać milczącym ciepłem swojej obecności. Tylko tyle można dać naprawdę. To tak niewiele, a tak dużo. Bo na samotność i lęk lekarstwem jest dotyk. Czuły dotyk.

Hospicjum? Dotknięcie dłoni tych, których już nie ma.

3.

„Ale jej ciało było już za daleko po tamtej stronie. Lekarz nie potrafił go zatrzymać. Wpatrzona w nas wielkimi oczami, szeptała coraz niewyraźniej: - Zróbcie coś... Upokorzony, przerażony bezsilnością siedziałem na łóżku, trzymając ją za rękę. To mogłem zrobić, i szeptać do ucha kłamstwa, że zaraz będzie lepiej...” (Jacek Baczak, Zapiski...)

Przerażony własną bezsilnością, bezsilnością nie do zniesienia – bo wtedy, kiedy trzeba coś zrobić, bo wtedy, kiedy trzeba zrobić cokolwiek – tak naprawdę nie można zrobić nic. Bo wszystko, co można wydaje się niewystarczające. I za małe. I – wbrew własnej woli – bliskie kłamstwu.

Wtedy tylko bezsilność jest prawdziwa. Ale nie jest ona upokorzeniem. Jest zgodą na to, co nieuchronnie musi się stać.

Hospicjum? Porażenie bezsilnością w obliczu Tajemnicy.

4.

 „Widziałem kogoś, kto wiedział, że umiera. Widziałem jego strach. Nie było tu żadnego majestatu. Starałem się milczeć, gdy ktoś dyskutował o umieraniu. Chciałem milczeć...” (Jacek Baczak, Zapiski...)

Chciałem milczeć.

Ks. Andrzej Drogoś SDS

Po radości z narodzin wnuczusia każdą chwilę, kiedy tylko byłam wolna, poświęcałam tej małej istotce. Zawsze byłam do dyspozycji, ukochany wnuczuś wspaniale się rozwijał, rósł i po trzech latach poszedł do przedszkola. Zostały mi tylko domowe obowiązki, zdrowie mi dopisywało i chciałam robić coś pożytecznego, ale nie wiedziałam, co i jak.

Od znajomej pani dowiedziałam się o wolontaracie w Hospicjum św. Kamila i pomyślałam, że to byłoby to, co jest mi potrzebne, aby dzielić się sobą z ludźmi potrzebującymi pomocy. Po namyśle zgłosiłam się do pani doktor Anny Byrczek, która podała mi datę i miejsce spotkań. Wkrótce odbywały się dni skupienia dla Hospicjum św. Kamila u sióstr w Lipniku. Poznałam bliżej koleżanki niemedyczne, pielęgniarki, lekarzy oraz księży. Atmosfera w czasie konferencji, modlitw i sympatia, z jaką zostałam przyjęta, utwierdziły mnie w przekonaniu, że chcę być wolontariuszką w Hospicjum św. Kamila. Uczestniczyłam w wielu szkoleniach, gdzie zdobywałam potrzebną wolontariuszowi wiedzę. Ważne były dla mnie rekolekcje, dni skupienia organizowane przez inne hospicja, oraz przede wszystkim nasze comiesięczne msze św. i spotkania. Poznawałam ludzi i obowiązki wolontariusza.

Nadszedł wieczór, w którym wraz z koleżanką Urszulą poszłyśmy na czuwanie do pana Oswalda. Nie miał żadnej rodziny. Był to mój chrzest wolontaryjny. Myślę, że byłyśmy bardzo dzielne i radziłyśmy sobie dobrze w tym nocnym czuwaniu. Następną noc byłam sama, ale w oczach chorego widziałam radość, że nie jest sam, porozmawialiśmy nawet o wycieczkach, o naszych pięknych Beskidach. Pan Oswald był bardzo kontaktowy i cierpliwy, mimo że powoli odchodził z tego świata. Polubiłam go, robiłam okłady, wycierałam spoconą twarz, poiłam, podawałam leki. Przez kilka następnych nocy chodziłyśmy do pana Oswalda we dwie osoby, aż nadszedł wieczór, kiedy w spokoju odszedł do innego świata. Zawsze mile go wspominam i często w modlitwie pamiętam o Nim. Później były i dyżury i opieka nad innymi chorymi.

Wspominam często panią Marię, która bardzo lubiła, kiedy trzymałam jej rękę w swojej. Czasem ta jej ręka uciskała delikatnie moją i był to dla mnie znak, że jestem jej potrzebna. Wytworzyła się między nami więź, o której nikt oprócz nas nie wiedział.

Cieszy mnie to, że mogłam zawieźć naszą Jadzię do kaplicy szpitalnej, aby mogła uczestniczyć we Mszy św. Dla Jadzi było to bardzo ważne i widziałam w jej oczach radość, kiedy wracałyśmy na salę.

Przypadków było dużo. Wiem, że byłam tym ludziom potrzebna, czasem tylko przez swoją obecność. Czuje się dobrze w naszej gromadce hospicyjnej i jeżeli ktoś chory mojej pomocy potrzebuje, idę.

Wolontariuszka Regina

Teraz widzę, teraz mówię, teraz słucham.

Przez wiele lat pracowałam jako fryzjerka, jest to ciężka praca, a ja traktuję ją jako moje wspaniałe zajęcie. Kocham to, co robię i ma to dla mnie najważniejsze znaczenie. W wieku czterdziestu lat usłyszałam diagnozę: „mucosis funqoides – rak”. Życia może trzy miesiące, można je przedłużyć. Zazwyczaj to enigmatyczne słowo, jeśli chodzi o kwestię życia i śmierci. Ale cóż mogłam na to poradzić?

Zrobiłam to, co mogłam. Nie można zapomnieć o śmierci. Nie chcemy się pogodzić z myślą, że wszystko, co żyje, musi kiedyś się rozstać z tym światem. Odsuwamy tę myśl, zostawiamy na później. To dlatego, że nie chcemy się pogodzić z faktem iż życie nadal się będzie toczyło, już bez nas. Jest też zła strona odsuwania tej myśli. Nie robimy tego, co powinniśmy. Nie mówimy bliskim nam ludziom, jak bardzo ich kochamy i nie potrafimy przebaczyć. Nie podejmujemy ryzyka związanego na przykład z poszukiwaniem nowej pracy, z wystawieniem siebie na próbę. Nie robimy nic, aby poznać samych siebie. Odkładamy te rzeczy na potem. Kiedy postawią diagnozę - nieuleczalny rak, wtedy dochodzisz do wniosku, że musisz wybierać. Oczywiście, najpierw musisz przejść okres szoku, buntu, gniewu i smutku.

Dopiero potem przyszedł czas na postawienie sobie pytania: „Co zamierzam zrobić z resztą swojego życia?”. Mówiłam o swej chorobie nowotworowej „Jest to najlepsza rzecz, jaka mi się do tej pory przydarzyła” - brzmi to niewiarygodnie. To prawda, że ludzie chorzy nie mają gwarancji długiego życia.

Tak naprawdę nikt jednak nie ma takiej gwarancji. Byłam wręcz porażona przypływem miłości, jaką obdarzyła mnie rodzina i przyjaciele, gdy dowiedzieli się o mej chorobie. Upajałam się tą miłością, ale również byłam zdziwiona, iż oni dalej zachowywali się tak, jakby to mogło się przydarzyć tylko mnie. Pozornie cieszyłam się dobrym zdrowiem w czwartkowy wieczór, a w piątkowy dowiedziałam się, że mam raka.

 Muszę jednak przyznać, iż pomimo tych wspaniałych rzeczy, które nagle stały się moim udziałem, pomimo iż czuje się teraz dobrze i mam nad sobą pełną kontrolę, przychodzą jednak „te dni”. Nie ma ich jednak wiele. W gruncie rzeczy uważam się za osobę szczęśliwą, gdyż dano mi szansę przywrócenia ładu w moim życiu, zanim przyjdzie mi się z nim rozstać. Czuję też, że muszę podzielić się ze swoimi doświadczeniami z innymi ludźmi. Może staną się one dla innych inspiracją, dzięki której uda im się zrealizować marzenia bez towarzyszącego widma choroby. Skłamałabym mówiąc, iż cieszę się, że mam raka. Często tęsknię za tą szczególną, błogą nieświadomością, jaką za sobą niesie dobre zdrowie. Ale w zamian otrzymałam dar - dotarło do mnie, że to właśnie teraz przyszedł czas na działanie. Teraz wiem, że można zrealizować swoje marzenia, że można stać się tym, kim zawsze chciało się być.

Przekonałam się, że to, na co czekamy, jest tuż obok. Świadomość tego sprawiła, że nauczyłam się żyć na wolniejszych obrotach i doceniać ludzi, którzy są mi najbliżsi - moją rodzinę. Oczywiście zawsze ich kochałam, lecz w ferworze codziennego życia poświęcałam im jednak zbyt mało czasu. Nie chciałam wysłuchać miłosnych zwierzeń swojej córki, nie mówiłam mężowi, że go kocham. Nie słuchałam opowieści mojego synka. Teraz widzę, teraz mówię, teraz słucham, coś wewnątrz podszeptuje mi, że tak należy postępować. Nie stałam się przez to święta. Zrozumiałam jednak, co jest najważniejsze. Była to dla mnie dobra szkoła życia. Chciałabym, abyście mnie przez moment potraktowali jak swoją przyjaciółkę, która dzieli się z wami swoimi przeżyciami.

Od pięciu lat jestem wolontariuszem Hospicjum św. Kamila.

Jadwiga Wala

Czym jest dla mnie i co mi daje praca w hospicjum?

Idąc ulicą mijamy tysiące ludzi. Nie zastanawiamy się nad tym, kim są, co robią. Ze mną też tak było. Ale dzięki pracy w hospicjum i zawodowi, który wybrałam spojrzałam na świat i na ludzi zupełnie inaczej. Teraz człowiek jest dla mnie kimś więcej niż tylko przechodniem. Kiedy mijam jakiegoś człowieka, zaczynam się zastanawiać.

Ktoś jest uśmiechnięty, ale może w głębi duszy jest bardzo smutny, może w domu jest ktoś chory, ktoś, kto cierpi i tylko czeka na jego powrót, a może to on jest chory i potrzebuje pomocy.

Bezinteresowna pomoc drugiemu człowiekowi jest czymś bardzo pięknym, robić coś dla drugiego człowieka nie oczekując niczego w zamian.

Jestem bardzo szczęśliwa, kiedy wiem, że mogę komuś pomóc, kiedy wiem, że ktoś czeka na moje przyjście, wita mnie i żegna uśmiechem oraz krótkim, ale jakże wartościowym i pięknym słowem „dziękuję”.

Wspaniale jest czuć się komuś potrzebnym. Jeden uśmiech chorego jest więcej wart niż duże pieniądze. Kiedy pacjent się cieszy ja cieszę się razem z nim.

Chciałabym, aby było więcej ludzi chętnych nieść taką pomoc, żeby nie biegli tylko za pieniędzmi, ale rozglądnęli się czasem wokół siebie. Być może niedaleko nich znajduje się osoba, która potrzebuje pomocy, a może tylko miłego słowa i życzliwego uśmiechu.

Wolontariuszka Justyna Ciapala

Czym jest dla mnie i co mi daje praca w hospicjum?

„Kiedyś byłeś kimś, miałeś dom, rodzinę, przyjaciół, z którymi spędzałeś wesoło czas, rozbijając szyby pobliskich szop jabłkami nabitymi na patyk.
Kiedyś uśmiechałeś się do ludzi idąc ulicą czy pijąc herbatę w zamkowej kawiarence.
Bawiłeś się spojrzeniami ludzi, zapamiętywałeś rysy twarzy tych,
którzy zasługiwali na pamięć.
We wszystkim co robiłeś widziałeś tylko swój uśmiech, tylko swoje szczęście.
Kiedyś szedłeś ulicą myśląc o tym co będzie, o tym jaki jesteś dobry, szczęśliwy, wspaniały. Mówiłeś, że kochasz wszystkich ludzi.
Myślałeś o przyszłości, o własnym szczęściu, a los chciał byś przeoczył człowieka,
który miał na sobie tabliczkę z napisem „samotny”.
To była twoja druga połowa.” A. Pawlus

Zadając pytanie czym jest dla mnie Hospicjum i co daje mi praca tam wykonywana, stawiam dodatkowe pytanie: Kim jest dla mnie człowiek?

Od dzieciństwa człowiek był dla mnie tajemnicą, mapą, która powodowała, iż chciałam iść jej drogowskazami i poznawać nowych ludzi. Po długiej i krętej drodze życie dało mi do zrozumienia, iż ludzie w XXI wieku dzielą się na dwa światy.

Pierwszy świat to kraina, w której żyją Ci, dla których życie to jedna krótka chwila, jeden ruch wskazówki zegara. Uważają, iż należy brać wszystko, co daje nam życie. Dla nich liczy się tylko przyszłość, ludzie Ci patrzą tylko przed siebie, nie oglądając się. Jeden uśmiech, który pojawia się na ich twarzy, jest odbiciem płynącym z życia, z posiadania rodziny, dóbr materialnych, dobrze płatnej pracy. Człowiek ten widzi tylko swoje cierpienie, swoje szczęście i swój uśmiech, biegnąc samotnie w monotonię życia.

W drugim świecie żyją ludzie, dla których własne szczęście jest nagrodą za uśmiech drugiego człowieka. Życie swoje traktują jako powołanie, oddając siebie samotnym i cierpiącym.

Nie czas, nie pieniądze, nie to, co się posiada, jest dla nich najważniejsze, dla nich liczy się uśmiech i szczęście drugiej osoby.

Uważam, że własne szczęście, sytość i obfitość życia można zobaczyć tylko w oczach drugiego człowieka.

Kiedy byłam dzieckiem, spotykałam się bardzo często w swoim środowisku z ludźmi samotnymi, chorymi, cierpiącymi. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że szczęście, sens i zadowolenie z życia znajdę tam, gdzie drugi człowiek wyciąga ręce.

Czym jest dla mnie praca w Hospicjum?

Praca w Hospicjum jest moim drugim życiem. Dodaje mi sił, ubarwia i napełnia moje życie, sprawia, iż czuję się potrzebna i że mam swój cel, do którego zdążam. Kiedy przychodzę do domu od chorego, uświadamiam sobie, że tam gdzieś, w tym „szarym” świecie jest człowiek, który czeka, który tęskni za uśmiechem i ciepłym sercem.

Wtedy czuję się najszczęśliwszym i najbogatszym człowiekiem na świecie. Dzięki pracy w Hospicjum poznaję ludzi, czuję się dowartościowana. Tam znalazłam to, czego szukałam przez całe życie – Boga.

Dzięki tej pracy uczę się, iż życie nie polega na tym by być szczęśliwym w swoich oczach, ale na tym by widzieć swój uśmiech i swoje szczęście w oczach drugiego człowieka.

Wolontariuszka Aneta Pawlus

Wolontariuszką w Hospicjum św. Kamila jestem od dziewięciu lat. Dzięki tej pracy wiem, co znaczy cierpieć i kochać bliźniego szczególnie cierpiącego. Zmieniłam się wewnętrznie przez ten czas – stałam się spokojna, poznałam wartość życia i cierpienia oraz bardziej wzmocniła i ugruntowała się moja wiara.

Jestem przekonana, że do Hospicjum „posłał” mnie nasz Ojciec i wiem, że będę w nim tak długo, dopóki Pan mnie nie zwolni z tego posłannictwa.

Teresa

Biskup angielski Henry Newman powiedział: „Jestem powołany, aby czynić to, lub być tym, do czego nikt inny nie jest powołany, mam swe miejsce w Bożych wyrokach, na Bożej ziemi, którego nikt inny nie ma. Czy jestem ubogi, bogaty, pogardzany lub też szanowany – Bóg zna i woła mnie po imieniu”.

Ja usłyszałam to wołanie 10 lat temu w moim parafialnym kościele w trakcie ogłoszeń o tworzeniu się Hospicjum domowego w Bielsku. Odpowiedziałam idąc na pierwsze spotkanie organizacyjne i tak trwa to do dzisiaj. Pamiętam ogromny strach, przed pierwszym chorym i jego umieraniem – noc, niewiedza i bezradność, nie mogłyśmy nic uczynić prócz modlitwy, odszedł w jej trakcie. Mam zawsze w tych momentach odczucie wielkiej Tajemnicy, bliskości i obecności Maryi. Dużą pomocą w naszej posłudze są kursy, szkolenia, rekolekcje, przygotowujące nas do coraz lepszej i pełniejszej posługi naszym chorym. W trakcie trwania przy łóżku chorego, jako wolontariusz niemedyczny wykonuję najprzeróżniejsze posługi: karmię, myję, przewijam, czytam lub po prostu jestem, trwam, aby nie czuł się samotny, opuszczony przez Boga i ludzi. Jeżeli chory może się skupić, proponuję czytanie książek, oczywiście decyzję zostawiam zawsze choremu. Bardzo często to ja jestem słuchaczem ich zwierzeń, radosnych bądź smutnych chwil w ich życiu, a czasem jest to tylko trzymanie za rękę i wspólna, albo cicha modlitwa – bycie z nim.

Zawsze pielęgnując i posługując, w trakcie nieprzespanych nocy, w zmęczeniu mam odczucie usługiwania samemu cierpiącemu Jezusowi.

Czasem trudno jest pogodzić liczne obowiązki zawodowe, domowe i hospicyjne. Okazuje się to jednak możliwe, choć niewątpliwie wymaga dużego zrozumienia również ze strony najbliższej rodziny. Jednak dając choremu siebie i swój czas, otrzymuję stokroć więcej; przyjaźń, uśmiech, radość z mojego przyjścia, obecności, a jest to tak niewspółmierne w porównaniu z tym, co ja im mogę ofiarować.

Na pewno nastąpiło w moim życiu przewartościowanie wszystkiego, dystans do wielu spraw i rzeczy, otrzymałam dużo większy spokój, cierpliwość, pogodę ducha, radość i coraz większą głębię. Zadziwia mnie niejednokrotnie zdumiewająco heroiczna postawa chorych, mająca zawsze swe korzenie w więzi z Chrystusem. Cieszą mnie ich zapewnienia, że będą o nas pamiętać, gdy znajdą się już tam, po drugiej stronie.

Pamiętam Danusię, drobną wychudzoną, która na kilka dni przed swoim odejściem do Pana, chcąc wyrazić swoją radość z naszego przyjścia, wykonała wspaniały koncert. Śpiewała i grała na o wiele za dużym dla niej w tym momencie akordeonie – łzy płynęły same.

Pamiętam 27-letnią Ewę, noc przy jej łóżku, płynące różańce, jej strach przed zaśnięciem, dopiero w obecności doktor Ani pozwoliła sobie na sen. Zostawiła dwóch synów 9 letniego i 9 miesięcznego oraz pamięć po sobie jako wspaniałej matce, która bardzo chciała dla nich żyć.

Do dzisiaj serce ściska mi się z bólu na wspomnienie mojej serdecznej przyjaciółki, hm. ZHP druhny Maryli, dla której „Bóg, honor, Ojczyzna” nie były pustymi frazesami, ale wszczepiała je nam na zbiórkach i obozach, pracując nad naszymi młodymi charakterami.

Była osobą samotną i dzięki hospicjum mogłam spełnić Jej ostatnie życzenie. Umierała nie w znienawidzonym już szpitalu, ale w swoim pokoju z gromnicą w ręku i przy wspólnie splecionej modlitwie.

Można tak wymieniać wielu chorych, jedni byli pod opieką krócej inni dłużej i tu rodziły się wspaniałe przyjaźnie, o których się nie zapomina. Towarzyszenie chorym w ostatnim okresie ich życia skłoniło mnie do refleksji o własnej śmierci, nie staram się od niej uciekać, gdyż jest częścią każdego życia i spojrzenie z jej perspektywy ułatwia mi właściwe wartościowanie spraw i rzeczy.

Ukierunkowuje nas ku temu św. Wincenty Pallotti – patron Ruchu Hospicyjnego, który powiedział: „Staram się tak żyć, jakbym miał umrzeć, chcę tak troszczyć się o swoje zbawienie, jak by to czynili umarli, gdyby im wolno było wrócić do życia”.

Maria

Nasze hospicjum

Stowarzyszenie
"Hospicjum św. Kamila
w Bielsku-Białej"

ul. NMP Królowej Polski 15
43-300 Bielsko-Biała
tel. 33/ 811 03 67
e-mail: zarzadkamilbb@vp.pl

NIP 547-210-59-44
REGON 241158869

Konto bankowe
ING Bank Śląski
nr 15 1050 1070 1000 0023 4115 9347

wpis do Księgi rejestrowej
podmiotów wykonujących

działalność leczniczą
pod nr 000000025415

Polecamy